Wersja graficzna

Alicja Grygiel i Michał Woźny z misją do Boliwii

Michał Woźny i Alicja Grygiel
Michał Woźny i Alicja Grygiel

 

Alicja Grygiel i Michał Woźny. Studenci trzeciego roku na Wydziale Teologii UAM przez niemal trzy miesiące, często w ekstremalnie trudnych i niebezpiecznych warunkach, gościli w Boliwii. Mieli do spełnienia misję. I to nie jedną. 

 

By spełniło się marzenie, potrzebna była inspiracja. Ta wyszła ze strony księdza prof. Piotra Nawrota, który od lat bada muzykę południowoamerykańską. Z początkowej grupy sześciu osób, które chciały uczestniczyć w specjalnej misji, zostały dwie. I to one przeżyły przygodę życia za wielką wodą.  

Zanim nastąpił wyjazd, był intensywny kurs języka hiszpańskiego i szukanie sponsorów. Pomogły zbiórki pieniężne, ale i UAM dorzucił swoją cegiełkę. – Sama podróż trwała 36 godzin. Z Poznania przez Frankfurt do Buenos Aires i dalej do boliwijskiego Santa Cruz – wspomina Michał Woźny. – Na lotnisku odebrał nas ks. prof. Nawrot, a Santa Cruz na najbliższe 10 tygodni stać się dla nas miała swoistą opoką na wypadek zagrożenia czy choroby. Spędziliśmy w nim jeden dzień i już kolejnego wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy 600 kilometrów dalej, do San Ignacio. W pobliskiej szkole mieliśmy uczyć języka angielskiego. 

W boliwijskiej szkole. Fot. Michał Woźny

 

– Trzeba sobie zdawać sprawę, że Boliwia to kraj wielkich kontrastów. Tutaj pięć procent ludności żyje często ponad stan, a pozostała grupa klepie biedę. To bogaty kraj, który nie potrafi sobie poradzić z nierównościami klasowymi, zorganizowaną przestępczością, handlem narkotykami, a nawet dziecięcą prostytucją czy handlem narządami – mówi Alicja Grygiel. – Tam spora część samochodów jeździ bez tablic. A wie pan dlaczego? To są auta kradzione w Brazylii. Taki narodowy sport, na który policja patrzy przez palce. Teraz jest tam kryzys paliwowy, a jeszcze niedawno mówiono, że Boliwia leży na ropie. Obecnie z tego oceanu zrobiło się jeziorko, a zasobów ma starczyć na półtora roku. 

 

Jak mówią nasi rozmówcy, w Boliwii większość osób pracuje na czarno, a średnia pensja to w przeliczeniu około 1200 złotych. Jest bardzo dużo prywatnej inicjatywy, ale przeważają domowe garkuchnie, które wypiekają przepyszne saltenas. To rodzaj maślanego pieroga wypiekanego w piecu z różnymi rodzajami mięs, słodkim sosem, oliwkami, rodzynkami i ziemniakami. – Można powiedzieć, że staliśmy się specjalistami od ich wypieku. Szkoda, że Polsce ich nie uświadczysz – dodaje Michał Woźny. 

 

Jak już wspomnieliśmy, zadaniem, jakie stanęło przed młodymi ludźmi, była nauka języka angielskiego w szkołach położonych głównie na głębokiej prowincji. Dziś oboje uważają, że nie spodziewali się aż takiego zainteresowania. Okazało się nawet, że dzieciaki przedkładały naukę w szkole nad grę w piłkę na pobliskim boisku. Niewątpliwie dla mieszkańców wiosek Polacy byli swoistą atrakcją. 

 

W czasie pobytu w Boliwii studenci Wydziału Teologii przebyli ponad trzy tysiące kilometrów, wędrując od wioski do wioski i od miasta do miasta. Przebywając w San Ignacio, mieszkali przez półtora miesiąca u franciszkanów. Było wśród nich dwóch Polaków: Wojciech i Feliks, którzy żyją tam od 40 lat. Wrośli w kulturę i społeczeństwo, ale wciąż muszą być ostrożni, bo napady nadal się zdarzają.  

 

– Wielokrotnie spotykaliśmy się z ostrzeżeniami. Tam nie jedźcie, tam się nie zatrzymujcie, tego nie róbcie. Niestety, przestępczość ma się w Boliwii nadal dobrze – mówi Michał Woźny i dodaje: – Dzień zaczynaliśmy po 7 rano. Potem był motor, który otrzymaliśmy od ojca Wojtka, i razem z Alicją, a czasem i panią Beatą ze Szczecina z Fundacji „Muzyka, która otwiera serca”, jeździliśmy do pobliskich wsi. Każda z parafii ma tam pod opieką od 15 do 50 wiosek. Pani Beata uczyła gry na flecie, a my poznawaliśmy okolicznych mieszkańców. Popołudniami wykorzystywaliśmy czas na zwiedzanie, bo jak mówią miejscowi, w czasie sjesty na ulicy można spotkać tylko psy i gringo. Wtedy też było najbezpieczniej. Niestety ceny dla przybyszów są tam trzykrotnie wyższe niż dla miejscowych. To widać choćby po biletach do muzeów. 

 

W drodze na misje

– Wieczorami prowadziliśmy zajęcia z języka angielskiego w miejscowej szkole muzycznej – dodaje Alicja Grygiel. – Angielski był dla dzieciaków bardzo ważny. 

Studenci z UAM odwiedzili też werbistę, ojca Marcina w San Miguel, byli przy komunii w San Juan, a w Santa Rosa trafili na fiestę patronalną i tam ich… pozostawiono. Mieszkali u miejscowych, żyli z nimi, pomagali, ale także uczyli w tamtejszej szkole. Podobnie było później w San Juan. Dziś mówią, że te dwa tygodnie spędzone w boliwijskich wioskach to była dla nich niemal szkoła przetrwania. Spanie w hamaku pod gołym niebem lub w śpiworze prosto na ziemi nie należało do rzadkości. W odwiedzanych wioskach często brakowało prądu, a nawet wody.  

– Mimo biedy to bardzo otwarci i ciekawi świata ludzie. Do tego serdeczni. Niemal każdego dnia byliśmy podejmowani przez inną rodzinę. Staraliśmy się im odwdzięczać, na przykład piekąc placki ziemniaczane czy pączki. To było najfantastyczniejsze doświadczenie, jakie wywieźliśmy. Doświadczenie bliskości z tymi ludźmi – zauważa Michał Woźny.  

Inne ciekawe doświadczenie mieli w Oruro. To dawne miasteczko górnicze było niegdyś tym, czym Klondike w Ameryce. Złota było tu w bród, a teraz… 

– W Oruro podejmowała nas terezjanka, siostra Joanna, prowadząca Centrum Pastoralne. Są w nim zarówno małe dzieci, jak i już prawie dorośli ludzie. Siostra dba o ich wyżywienie i wykształcenie. Wszystko z datków. Proszę sobie wyobrazić, że w czasie naszego pobytu była sama i miała pod opieką około stu dzieci – mówi Alicja Grygiel. – W Boliwii panuje taka mentalność, że mężczyzna przeważnie nie czuje się odpowiedzialny za rodzinę. Jak twierdzą – płodzi dziecko i idzie dalej. Stąd ogromna liczba matek wychowujących samotnie potomstwo. Średnio taka dysfunkcyjna rodzina liczy sześcioro-siedmioro dzieci. Gdy matki nie dają rady, przyprowadzają maluchy do siostry Joanny.  

Ostatnie 10 dni studenci spędzili na zwiedzaniu, po którym nastąpił powrót do Santa Cruz i dalej do Poznania. Na uczelni i nie tylko chcą propagować pomoc dla Boliwijczyków.  

– Jednym z owoców naszej wyprawy jest misja „Zostań aniołem dla dziecka”. To pomoc dla szkoły muzycznej w San Ignacio. Bardzo byśmy chcieli, aby trafiło do nich 130 skrzypiec. Taki instrument kosztuje około 100 dolarów, a fundatorzy otrzymają anioły z Chiquitanii. Drugi owoc to pomoc siostrze Joannie, która na Facebooku prowadzi akcję „Terezjanki z misją”.  

Trzymamy kciuki, aby się udało! 

 

 

PS By wesprzeć działania studentów, można dokonać wpłat na konto: 74 1600 1417 1846 7858 6000 0009 z dopiskiem „Dla dzieci z Boliwii”. 

 

Ludzie UAM Wydział Teologiczny

Ten serwis używa plików "cookies" zgodnie z polityką prywatności UAM.

Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza jej akceptację.