Wersja graficzna

Marta Czarnecka. Klatka po klatce

Marta Czarnecka, fot. Łukasz Gdak
Marta Czarnecka, fot. Łukasz Gdak

O sukcesach Marty Czarneckiej, absolwentki Wydziału Pedagogiczno-Artystycznego w Kaliszu i malarki pracującej przy filmach „Twój Vincent” i „Chłopi”, informowaliśmy wielokrotnie. Wreszcie pod koniec stycznia nadarzyła się okazja, aby poznać ją osobiście. Pani Marta wzięła udział w spotkaniu ze studentami na WFPiK, a wkrótce potem mogłyśmy porozmawiać. 

 

Pamiętam, jak w 2018 wszyscy trzymaliśmy kciuki za „Twojego Vincenta”, mając nadzieję, że dostanie Oskara. Wydaje się, że kolejna produkcja, przy której pani pracowała, czyli „Chłopi”, mimo nadziei, nie zostanie nawet nominowana do nagrody? 

 

– Trudno mi się wypowiadać w tej kwestii, ponieważ nie śledzę wydarzeń na bieżąco. Wiem natomiast, że promocja filmu to skomplikowany proces. Jako malarka jestem trochę z boku, patrzę na wszystko z dystansem, bez oczekiwań, i myślę, że Oscary nie są jedynym wyznacznikiem sukcesu filmu. Niemniej jednak kibicuję „Chłopom" całym sercem. 

 

Na spotkaniu wspominała pani, że od dziecka chciała być malarką. 

 

– Odkąd pamiętam, interesowała mnie sztuka. Jako mała dziewczynka marzyłam, by zostać malarką. Pamiętam, jak w dzieciństwie podkradałam bratu encyklopedię i z zachwytem oglądałam w niej reprodukcje różnych obrazów – choć były to zaledwie kilkucentymetrowe wydruki i daleko im było do współczesnych pięknych albumów z reprodukcjami albo do wysokiej jakości zdjęć, które obecnie są dostępne w internecie. Zawsze, gdy coś mi się podobało, chciałam to narysować. Rysowałam też portrety, czasem prosiłam siostrę o pozowanie. Dużo też kopiowałam – od rysunków postaci z książek Disneya w dzieciństwie aż po kopie obrazów znanych malarzy w dorosłym życiu. To niesamowite, ile można się dzięki temu nauczyć. 

 

Zawsze mnie to ciekawiło: jak malarz odbiera prace innych artystów? 

 

– Pierwszą rzeczą, na którą zwraca się uwagę, jest oczywiście forma, ponieważ sztuki wizualne, jak sama nazwa wskazuje, angażują najpierw zmysł wzroku (choć sztuka współczesna coraz bardziej wymyka się wszelkim regułom). Dostrzegamy zatem barwy lub światłocień, kompozycję czy sposób, w jaki kładziona jest farba na płótnie, fakturę rzeźby czy inne cechy wizualne... I już to może nas zachwycać. Ale wszystko zależy od dzieła sztuki. Czasami ważniejsza dla artysty jest forma, a czasami jest ona tylko drugorzędnym nośnikiem treści. Osobiście uwielbiam symbolizm w sztuce, w malarstwie mam słabość zwłaszcza do twórczości Jacka Malczewskiego i Paula Gauguina. Stylistycznie to są różni artyści, mnie jednak fascynuje ilość znaczeń, które ukrywają na swoich płótnach. Z pewnością jeśli ktoś jest wrażliwy na sztukę, to spotkanie z pracami innych artystów może być bardzo głębokim i inspirującym przeżyciem. Nierzadko zdarza mi się płakać w muzeach.

 

Opowie pani o Kaliszu i studiach na WPA? 

 

– Znalazłam się tam trochę przez przypadek. Nie dostałam się na Akademię Sztuk Pięknych (dziś Uniwersytet Artystyczny) w Poznaniu – zdawałam wówczas na grafikę warsztatową – a ponieważ nie chciałam stracić roku, zapisałam się na edukację artystyczną w zakresie sztuk plastycznych na WPA. Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że to był bardzo dobry okres w moim życiu. Wiele się nauczyłam, byłam bardzo zaangażowaną studentką. Pamiętam, że uczestniczyłam wtedy w licznych projektach, wystawach, prowadziłam wiele zajęć plenerowych dla dzieci i młodzieży – naprawdę sporo działo się w moim życiu. Mogę się nawet pochwalić, że otrzymałam nagrodę dla najlepszej studentki UAM w konkursie „Primus Inter Pares”. Miło wspominam też samo miasto. Później przeniosłam się do Poznania, ale Kalisz pozostał dla mnie ważnym miejscem, do którego lubię wracać, a zawarte w nim przyjaźnie trwają do dziś. 

 

Podobno ogłoszenie o naborze do filmu „Twój Vincent” podesłała pani koleżanka? 

 

– O tym, że taki film powstaje, usłyszałam w pracy – przez rok pracowałam w gimnazjum w moim rodzinnym Kostrzynie. Pamiętam, jak mówiłam moim uczniom, że może wybierzemy się wspólnie na „Vincenta” do kina. Myślałam, że produkcja już się skończyła i lada dzień film trafi do kin. Później zrezygnowałam z pracy w szkole, zajęłam się malowaniem kopii obrazów na zamówienie i zapomniałam o filmie, ponieważ nic nie było o nim słychać... Ale przyjaciółka podesłała mi zdjęcie plakatu z informacją, że studio filmowe BreakThru Films szuka malarzy do pracy przy tej animacji. Myślałam, że może plakat jest nieaktualny, ale na wszelki wypadek zadzwoniłam i okazało się, że rzeczywiście szukają malarzy. Postanowiłam się zgłosić, choć nie do końca wtedy w siebie wierzyłam. Jednak moje portfolio zostało zaakceptowane, następnie zostałam zaproszona na trzydniowe testy do Gdańska, które zakończyłam z sukcesem, a później na dwutygodniowe szkolenie... I tak trafiłam do ekipy „Twojego Vincenta”. 

 

Na czym polegała pani praca przy filmie? 

 

– Pracowałam przy animacji malarskiej. Moje zadanie polegało na malowaniu klatek filmowych w stylistyce malarstwa van Gogha. Jako referencje dostawaliśmy film w aktorskiej obsadzie, który następnie – klatka po klatce – przemalowywaliśmy na podobrazie malarskie farbami olejnymi. Ja pracowałam przy ujęciach kolorowych i moją specjalizacją były szerokie kadry i ujęcia z kilkoma postaciami.

 

Na czym polegała trudność w tworzeniu takich klatek filmowych? 

 

– Musiałam skonfrontować się z kilkoma rzeczami, z którymi jako malarka nie miałam wcześniej do czynienia. Podstawowa i chyba najbardziej oczywista różnica to fakt, że malując obrazy, nie musiałam przejmować się ruchem. A w animacji to jest najważniejsza sprawa. O wielu rzeczach trzeba pomyśleć wcześniej, na przykład przygotować sobie zapas każdego koloru, aby wystarczyło farby do końca ujęcia; trzeba zwracać szczególną uwagę na to, aby kolory nie zmieniały się w trakcie ujęcia (trudnością było na przykład malowanie marynarki Armanda, która była żółta, a jej kontur malowany był błękitem pruskim, który ma bardzo wysoką pigmentację i wystarczyło mieć tylko lekko zabrudzony pędzel lub niedokładnie ściągnąć szpachelką farbę z poprzedniej klatki, a już cała marynarka zmieniała się w zieloną). Należy również pilnować tego, aby pociągnięcia pędzla przemieszczały się płynnie z klatki na klatkę – szczególnie przy stylu van Gogha było to istotne – w przeciwnym razie pojawiało się nieprzyjemne migotanie obrazu i animacja traciła płynność. Do malowania używaliśmy farb olejnych (w „Chłopach" natomiast zastosowano farby olejne wodorozcieńczalne, bezpieczniejsze dla malarzy i środowiska), dodawaliśmy do nich olejek goździkowy, aby wydłużyć czas schnięcia. To sprawiało, że można było z nimi dłużej pracować. Po skończeniu malowania klatki robiliśmy jej zdjęcie, a następnie szpachelką usuwaliśmy z płótna wszystko to, co trzeba było przemalować, czyli wszystko, co na ekranie się porusza, i przystępowaliśmy do malowania kolejnej klatki. Potem zdjęcie, zmazanie, kolejna klatka... i tak setki razy. Aby uzyskać sekundę filmu, trzeba było namalować 12 obrazów – tyle pozwala zachować płynność ruchu w animacji. W „Twoim Vincencie” jest około 900 ujęć, każde z nich zostało namalowane na osobnym podobraziu. 

 

Ma pani swoją ulubioną scenę w tym filmie?

 

– Jeśli chodzi o ujęcia malowane przeze mnie, to najbardziej lubię pierwsze ujęcie, nad którym pracowałam. Armand po wyjściu z domu doktora Gacheta stoi w polu, oparty o drewniany wóz, i pali papierosa. W tej scenie musiałam zmierzyć się z wyzwaniem, jakim było malowanie deszczu, który zaczynał padać bodajże po 100. klatce. To oznaczało, że na kolejnych klatkach musiałam mozolnie nakładać krople deszczu, a potem je zdejmować i malować w kolejnym miejscu. Zastanawiałam się, jak to zrobić, aby było najwygodniej. Zdejmując farbę z płótna, łatwo uszkodzić warstwę poniżej, którą później trzeba uzupełnić. To czasem sprawiało, że na przykład wokół bohatera czy innych ruchomych elementów pojawiała się niepotrzebna „aureola". Wymyśliłam zatem, że nie będę dodawać do farb olejków, w ten sposób pozwolę wyschnąć warstwie farby na spodzie obrazu i łatwiej usunę z niej krople deszczu. Każde ujęcie było inne i wymagało czasem kreatywnego podejścia. Do wielu rzeczy dochodziło się samemu, w trakcie pracy nad filmem.

 

Pracowaliście państwo w dużym zespole – 125 malarzy – jak wyglądała współpraca w takim gronie? 

 

– Oczywiście nie wszyscy znajdowali się w jednym miejscu, bo w tamtym czasie oprócz studia w Gdańsku były również dwa mniejsze studia zamiejscowe. Ale i tak było nas bardzo dużo. Wydaje mi się, że około 80 malarzy w studiu w Gdańsku, w którym pracowałam. Tam wręcz nie dało się powstrzymać ciekawości, jak pracują inni. Każdy z zatrudnionych do projektu malarzy to utalentowany artysta, ciekawy człowiek – to była przyjemność obserwować ich przy pracy. W swoim gronie mniej więcej wiedzieliśmy, kto co maluje, dlatego często nawzajem się podglądaliśmy. Ale to było wręcz konieczne, ponieważ musieliśmy ujednolicić swoje style malowania, wyzbyć się swojego własnego stylu czy maniery i jak najwierniej odtworzyć styl Vincenta. 

Marta Czarnecka

Wspomniała pani, że praca przy „Chłopach” była trudniejsza ze względu na ruch, którego jest tam więcej. 

 

– Tak, w tej produkcji zdecydowanie jest więcej dynamicznych ujęć z ruchem kamery. To sprawiało, że poszczególne klatki trzeba było przemalowywać w całości – inaczej niż w przypadku „Vincenta”. Poza tym zmienił się też styl malowania. W „Chłopach” inspiracją było malarstwo XIX i XX wieku, które jest bardziej dokładne, bogatsze w detale. Również fizycznie malowane klatki były tym razem większe. To wszystko sprawiało, że film wymagał o wiele więcej pracy. Z tego powodu w produkcji wykorzystana została również animacja cyfrowa do uzupełnienia brakujących klatek (pomiędzy klatkami malowanymi olejnie). W sumie do filmu powstało 40 000 namalowanych odręcznie obrazów. Ktoś nawet policzył, że gdyby jeden malarz miał namalować ten film, potrzebowałby na to ponad 100 lat. 

 

W tym filmie miała pani trochę inne zadanie? 

 

– Zaczęłam od animacji malarskiej. Namalowałam w sumie dwie sceny portretowe: Boryny na jarmarku i Jagny w jej domu. W międzyczasie w studiu powstał zespół matte painterek, który zajął się projektowaniem teł malarskich. Nasze zadanie polegało na tym, aby do filmu, nagranego z aktorami na tzw. green screenach, dopasować tło, inspirując się malarstwem XIX i XX wieku. Musiałyśmy – bo w zespole były same kobiety – pilnować, aby tak stworzone graficznie kompozycje uwzględniały kolory, pory roku – które w powieści są bardzo ważne – ale również topografię wsi Lipce. Na potrzeby filmu dział efektów specjalnych stworzył wirtualną makietę wioski. Naszą pracą jako matte painterek było połączenie tego wszystkiego w programie graficznym – ujęcia nakręconego z aktorami (live action) z widokiem 3D wsi (dla zgodności topografii), z pejzażami z obrazów, dopasowanymi do sceny. Wszystkie elementy tła przygotowywałyśmy na osobnych warstwach: każda chmura, drzewo, każde zwierzę czy postać – wszystko osobno, tak aby zespół od efektów specjalnych mógł puścić ten obraz w ruch. Następnie do pracy przystępowali malarze, przenosząc poszczególne sceny na płótno według tego wzoru.

Marta Czarnecka

A czy były jakieś wpadki, o których możemy powiedzieć? 

 

– W tej chwili nie przypominam sobie żadnych wpadek. Bardziej myślę o tym, że oglądając film, często myślałam sobie, że coś mogło być namalowane lepiej. Ale nie wiem, czy to są rzeczy dostrzegalne tylko dla nas, czy również dla widzów w kinie. Bo jednak w animacji, dzięki temu, że każda klatka trwa zaledwie 1/12 sekundy, niektóre drobne niedociągnięcia nie mają znaczenia. No i przecież kiedyś trzeba skończyć – nie można poprawiać w nieskończoność. Z ciekawostek mogę powiedzieć, że mieliśmy problem z końcowym ujęciem filmu, które z kolei zostało tak pięknie namalowane, że wyglądało zbyt realistycznie i przez to sprawiało wrażenie, jakby to nie była animacja, tylko wideo. Dlatego ostatecznie, aby zachować stylistykę animacji, musieliśmy je „pogorszyć”. Sporo kłopotów sprawiła nam też scena bitwy o las. W powieści rozgrywała się ona na śniegu, ale aktorzy nagrywali ją na piasku. Dlatego na poszczególnych klatkach musieliśmy zastąpić piasek śniegiem, co nie było takie proste, ponieważ w momencie, gdy aktorzy się poruszali, w powietrze wzbijał się kurz, który częściowo zakrywał stopy i nogi, a także zmieniał kolory ubrań. Ale sam śnieg (na szczęście – mam w pamięci moje doświadczenia z deszczem) – był już animacją komputerową. 

 

Obecnie zaangażowana jest pani w kolejny projekt? 

 

– Tak. Studio BreakThru Films zaproponowało mi udział w nowej produkcji. Film nazywa się „A Winter's Journey” i jest adaptacją „Winterreise”, cyklu pieśni Franza Schuberta do wierszy Wilhelma Müllera. Jeśli chodzi o stronę wizualną, będzie to animacja cyfrowa, inspirowana malarstwem epoki romantyzmu, między innymi twórczością Caspara D. Friedricha. Premiera jest przewidziana na ten rok.

 

zob. też. Dziewczyna od Vincenta

Ludzie UAM Wydział Pedagogiczno-Artystyczny w Kaliszu

Ten serwis używa plików "cookies" zgodnie z polityką prywatności UAM.

Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza jej akceptację.