Prof. Zbigniew Szmyt. Antywojenny głos Syberii

Uciekli przed represjami, ale nie zamilkli. Z prof. UAM Zbigniewem Szmytem z Wydziału Antropologii i Kulturoznawstwa o aktywizmie rdzennych narodów Syberii rozmawia Ewa Konarzewska-Michalak. 

 

Bada pan aktywizm rdzennych narodów Syberii, który wzmógł się po 2022 r. Jak do tego doszło? 

W 2024 r. otrzymaliśmy roczny grant interwencyjny NAWA „Aktywizm antywojenny wśród mniejszości etnicznych z Rosji”, w ramach którego badaliśmy osoby, które po wybuchu wojny wyemigrowały z Rosji. Rosja wypychała je z kraju, bo ich antywojenna działalność podważała oficjalną narrację Kremla. Badaliśmy aktywistów w Mongolii, Gruzji i Kazachstanie, czyli w krajach, do których uciekali w pierwszej kolejności. Gdy ich działalność na emigracji zaniepokoiła Moskwę, Rosja zaczęła naciskać na zależne od siebie państwa, by ich wydalały. Zdarzały się nawet próby porwań i wywożenia do Rosji.  

Większość aktywistów wyjechała dalej do Europy albo USA, gdzie czuje się bezpieczniej. Zabiegają o widoczność medialną, by wpływać na polityków w Europie i docierać do społeczności rdzennych narodów Syberii, ale ich pozycja pozostaje krucha. Wielu przebywa na wizach humanitarnych, zależy od przychylności lokalnych władz i grantów. Żyją w niepewności finansowej i lęku przed rosyjskimi służbami. Władze rosyjskie wpisują ich organizacje na listy ekstremistyczne i terrorystyczne, co oznacza groźbę wieloletnich wyroków. 

 

Jak duża jest to grupa? 

Trudno powiedzieć. Na początku wojny z Rosji wyjechało i nie wróciło ponad milion osób. Byli wśród nich przedstawiciele różnych grup etnicznych i społecznych. Wyjeżdżali głównie ci, którzy mogli utrzymać się za granicą, czyli pracownicy branży IT, przedstawiciele wolnych zawodów, klasa kreatywna i osoby, którym łatwiej było znaleźć pracę. Przedstawiciele rdzennych narodów są w tej grupie nieliczni, ale widoczni w przestrzeni medialnej. 

 

Jak wygląda ich praca na emigracji? 

Na początku, gdy część aktywistów była jeszcze w Rosji, organizowali protesty antywojenne i antymobilizacyjne w stolicach republik narodowościowych, takich jak Republika Sacha, Buriacja i Tuwa. Brały w nich udział głównie kobiety, bo mężczyzn przy takich okazjach łatwo było zmobilizować do wojska. Z tych protestów wyrosły pierwsze ruchy feministyczne wśród rdzennych narodów. Policja szybko je spacyfikowała. Potem wprowadzono represyjny paragraf o dyskredytacji armii, który miał zdusić wszelkie protesty antywojenne. 

W drugim etapie aktywiści wspierali w krajach ościennych tzw. relokantów, czyli mężczyzn uciekających przed przymusowym powołaniem. Gdy fala mobilizacji się skończyła, większość aktywistów pod presją Rosji musiała przerwać działalność albo wyjechać dalej. 

Trzecia fala aktywizmu skupia się na usieciowieniu. Wcześniej każda grupa etnonarodowościowa działała głównie w ramach swojej republiki. Teraz społeczności lokalne na Syberii coraz wyraźniej widzą, że mierzą się z podobnymi problemami i powinny łączyć siły. 

 

W czym się specjalizują? 

Część organizacji prowadzi edukację feministyczną i walczy z przemocą domową. Wojenne traumy zwiększają ryzyko przemocy wobec kobiet. Aktywistki unikają języka, który mógłby narazić je na oskarżenie o dyskredytację armii, bo chcą pozostać w rosyjskim polu prawnym. Niektóre zostały w kraju, więc nie działają tylko w mediach społecznościowych. 

Pojawiają się wątki dekolonizacyjne, które Putin uznaje za zagrożenie dla jedności Rosji. Do podcastu „Mówi republika” zapraszani są naukowcy mówiący o kolonizacji, represjach bolszewickich i historii republik, kwestionujący narrację marginalizującą rdzenne narody. Grupy podejmujące te tematy nie deklarują otwarcie celów politycznych, dzięki czemu mogą działać w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej. 

Inne organizacje współpracują z rosyjską opozycją na emigracji, od środowiska Chodorkowskiego po Fundację Walki z Korupcją związaną ze śp. Aleksiejem Nawalnym. W radach koordynacyjnych zabiegają o realną federalizację Rosji, prawa narodów rdzennych i dekolonizację państwa. 

Bardziej separatystyczne grupy, np. Liga Wolnych Nacji, odrzucają współpracę z rosyjską emigracją, uznając ją za imperialną. Organizacja skupia narody syberyjskie, Kałmuków, Baszkirów, Tatarów i narody Kaukazu, próbując budować front niepodległościowy. 

Ważna jest też współpraca poza środowiskami rosyjskimi. Myślenie dekolonialne docierało z Kirgistanu i Kazachstanu, gdzie refleksja nad zależnością od Rosji ma dłuższą tradycję. Emigranci w USA uczą się od pierwszych narodów Ameryki, jak łączyć prawa polityczne z ekologią. Nawiązują kontakty z diasporami Kałmuków i czeczeńską Iczkerią. To proces uczenia się i transferu praktycznej wiedzy. 

 

Powiedział pan, że emigranci działają przede wszystkim w internecie, a przecież w Rosji mocno ogranicza się do niego dostęp. Czy aktywiści nadal docierają do ludzi, którzy zostali na miejscu? 

Wraz z organizacją Azjaci Rosji badaliśmy stosunek mieszkańców Tuwy i Buriacji do wojny oraz rozpoznawalność nowych mediów opozycyjnych. W drugim roku wojny sięgała ona 90 proc. i była wyższa niż w przypadku mediów ogólnorosyjskich, np. Fundacji Walki z Korupcją. Teraz ograniczenia są coraz ostrzejsze. Nawet Telegram bywa blokowany lub ograniczany. Młodsze pokolenia instalują VPN często nie po to, by śledzić opozycyjne media, lecz by mieć dostęp do Instagrama. Wiele osób pracuje jako twórcy cyfrowi. Ubywa jednak pasywnych odbiorców. Niektórzy eksperci uważają, że Rosja zmierza w stronę zamkniętej sieci podobnej do północnokoreańskiego intranetu. Nie wiem, na ile to możliwe w gospodarce wciąż powiązanej ze światem. Władze rosyjskie dokręcają śrubę stopniowo, żeby nie wywołać masowego protestu ani nie uderzyć zbyt mocno w gospodarkę. 

 

Czy korzystanie z blokowanych mediów społecznościowych jest karane? 

Nie, nikt nie pójdzie do więzienia za samo przeglądanie Instagrama albo wstawienie zwykłego postu. Ryzyko pojawia się wtedy, gdy wpis krytykuje władzę, wojnę albo zostanie uznany za „propagowanie ideologii LGBT”. Paradoks polega na tym, że wielu rosyjskich polityków i propagandystów nadal działa w mediach, które państwo samo blokuje. 

 

Wiadomo, jakie nastroje społeczne panują na Syberii? Czy zmieniają się wraz z przeciągającą się wojną? 

Rok po inwazji na Ukrainę rozmawialiśmy online z mieszkańcami Syberii, a anonimowi aktywiści prowadzili nieformalne rozmowy w swoich środowiskach. Widzieliśmy wzrost niechęci do wojny i silną potrzebę jej zakończenia. 80 proc. respondentów w Tuwie i Buriacji liczyło wtedy, że wojna szybko się skończy. Dziś podobne badania byłyby bardzo niebezpieczne przez te przepisy penalizujące krytykę wojny, działalność organizacji antywojennych i współpracę z zachodnimi badaczami. Z analizy niepropagandowych mediów, lokalnych stron i prywatnych rozmów wynika, że skala śmierci jest ogromna. Trudno znaleźć osobę, która nie straciłaby kogoś w Ukrainie, od kolegów z klasy po bliskich. W Moskwie powszechne doświadczenie wojny długo nie było odczuwalne. Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy do stolicy zaczęły docierać ukraińskie ataki dronowe. 

Nasze badania pokazały, że najbliżsi krewni poległych żołnierzy, zwłaszcza matki i ojcowie, są zazwyczaj prorządowi. Myślę, że działa tu mechanizm psychologiczny. Bardzo trudno przyjąć, że syn albo brat zginął bez sensu, w wojnie prowadzonej po stronie agresora. Inaczej reagują osoby, które nie przeżyły podobnej traumy. Wiele z nich ma już dosyć wojny, przede wszystkim z powodu kolejnych ograniczeń. Lepiej sytuowani Rosjanie nadal chcą jeździć do Europy, korzystać z iPhone’ów, aktualizacji, aplikacji i gier takich jak Roblox, choć państwo coraz częściej blokuje zachodnie usługi cyfrowe. Pogarszające się warunki ekonomiczne budzą lęk przed spadkiem jakości życia. Nie przekłada się to jednak na większe współczucie wobec Ukraińców. 

Działalność informacyjna grup antywojennych jest częściowo skuteczna, bo dzięki niej ludzie dowiadują się, ilu żołnierzy ginie. Te śmierci mają imię, nazwisko i krótką biografię na Instagramie. Aktywiści pokazują społeczne koszty wojny i odwołują się do zdrowego egoizmu społecznego. 

 

Pobór do wojska w pierwszej fazie wojny skupiał się przede wszystkim na regionach azjatyckich. Jak było później? 

Region przy granicy z Chinami i Mongolią był tradycyjnie silnie zmilitaryzowany. Wielu mężczyzn jeszcze przed 2022 r. podpisywało kontrakty wojskowe, bo dawały szansę na nieco lepsze życie. Dodatkowo ówczesny minister obrony, Siergiej Szojgu, pochodzący z Tuwy, wzmacniał obecność armii i struktur siłowych w regionie, także przez rozwój szkół kadeckich dla dzieci. To silniej wiązało Tuwę z aparatem wojskowym i częściowo tłumaczy nadreprezentację mieszkańców republik etnicznych w rosyjskich siłach zbrojnych. 

Teraz pobór trwa cały czas. Na początku władze obiecywały, że nie będą wysyłać żołnierzy służby zasadniczej na Ukrainę, ale to nieprawda. Gdy ktoś trafia do wojska, stosuje się wobec niego presję fizyczną i psychiczną, by podpisał kontrakt. W biednych regionach pieniądze za kontrakt i wysoka miesięczna wypłata są kuszące. Często same rodziny wypychały mężczyzn do armii, bo pozwalało to spłacić długi albo zaciągnąć kredyt hipoteczny. Pojawiły się też tzw. czarne wdowy, które seryjnie wychodziły za żołnierzy, by przejąć po ich śmierci grobowe. 

Kolejną mobilizowaną grupą byli więźniowie, którym obiecywano amnestię po pół roku służby na froncie. Jednocześnie pogarszano warunki w więzieniach, głodzono ich i bito, dlatego wielu pod presją zgadzało się na służbę. Wiele kolonii karnych wręcz opustoszało. Mówimy o dziesiątkach tysięcy ludzi, jeśli nie więcej, bo pełnych danych nie ma. Ten system działał przez trzy lata. Obecnie wydaje się, że liczba osób, które można w ten sposób zwerbować do armii, osiągnęła plateau. To może oznaczać, że władze będą rozważały drugą przymusową mobilizację. 

 

Podczas wojny w Afganistanie kobiety skutecznie naciskały na rządzących. Teraz wydaje się, że głos matek i żon nie jest słuchany. 

Organizacje matek żołnierzy walczących w Afganistanie były ważną częścią rodzącego się społeczeństwa obywatelskiego w późnym ZSRR i Rosji lat 90. Władza częściowo je tolerowała, bo mówiły językiem troski o synów, a nie otwartej opozycji politycznej. Co ciekawe, w Afganistanie zginęło znacznie mniej radzieckich żołnierzy niż dziś w Ukrainie. Teraz jednak mamy do czynienia z innym zjawiskiem. W Afganistanie walczyli poborowi, a dziś na wojnę trafiają głównie ludzie, którzy podpisali kontrakt i dostali za to pieniądze. To pozwala części społeczeństwa odciąć się od nich emocjonalnie – rozumuje ona „Skoro daliście się skusić pieniędzmi, ponosicie konsekwencje. Tak zachowuje się część rosyjskiego społeczeństwa, która nie popiera wojny, ale nie chce też ponosić kosztów sprzeciwu wobec niej.  

Protesty matek widać zwłaszcza wtedy, gdy nie odnaleziono i nie zidentyfikowano ciał ich synów. Rodziny nie mają wtedy prawa do odszkodowań. Takich przypadków jest dużo, bo strefę frontową kontrolują drony FPV, które na dystansie kilkudziesięciu kilometrów rażą niemal wszystko, co się porusza. Dochodzą do tego patologie w rosyjskiej armii. Żołnierze odmawiający wyjścia na pozycje bywają bezprawnie rozstrzeliwani, a ich ciała znikają. Nie widać dziś ruchu dysydenckiego wyrastającego z protestów matek poległych żołnierzy. Widać natomiast regionalne protesty kobiet domagających się wydania ciał albo poprawy warunków w oddziałach szturmowych. Być może tylko takie formy protestu są jeszcze dopuszczane do głosu. Trzeba pamiętać, że w Rosji nawet drobne gesty sprzeciwu mogą się spotkać z surowymi represjami. 

 

Wróćmy do tematu emigracji. Jak pan sądzi, czy aktywiści będą mieli wpływ na to, co będzie się działo z państwem rosyjskim po zakończeniu wojny? 

Warto mieć gotowe kadry na wypadek większego kryzysu w Rosji, bo historia zna takie momenty. Jeśli sytuacja polityczna nie zmieni się radykalnie, grupy emigrantów zapewne przekształcą się w diasporę, podobnie jak biała emigracja po rewolucji bolszewickiej. Ale wojny bywają początkiem wielkich zawieruch, jak I wojna światowa, po której odrodziło się państwo polskie. Nie wiemy, co stanie się dalej, dlatego warto obserwować te środowiska. 

 

Zobacz też: Prof. Zbigniew Szmyt. Czy Putin jest kobietą?