Prof. Stanisław Jankowiak. Ceglorz wychodzi na ulice

- Poznański Czerwiec został utopiony we krwi. Skala ofiar była niewyobrażalna. Nie wiem, dlaczego dzisiaj obowiązuje teza, że zginęło 58 osób, 53 wskazali sami ubecy w raportach. Jest szereg wątków, które pokazują, że ofiar mogło być więcej - nawet 100 - z profesorem Stanisławem Jankowiakiem z Wydziału Historii rozmawia Ewa Konarzewska-Michalak.

 

Dlaczego strajk 1956 r. wybuchł właśnie w Poznaniu? 

To jest dobre pytanie, bo jak się czyta dokumenty ówczesnej władzy widać, że spodziewano się protestów w Łodzi lub na Śląsku, gdzie były olbrzymie skupiska robotników, ale nie w praworządnym Poznaniu. 

Dlaczego Poznań? Żeby to zrozumieć trzeba sięgnąć do okresu zaborów, kiedy wypracował się model kultu pracy początkowo związany z obroną polskości. Ale już wtedy rodziła się ewolucyjna droga do poprawy własnego bytu, skupiona na osiąganiu nadrzędnego celu - wywalczenia swojego minimalnym kosztem, tak żeby nie było ofiar. Ta postawa funkcjonowała dalej w 20-leciu międzywojennym i po wojnie.

Nieprzypadkowo o pracownikach największych zakładów, takich jak Cegielski czy ZNTK, mówi się, że to była arystokracja robotnicza, która ciężko pracowała i była za tą pracę godziwe wynagradzana. Ta postawa nie od razu zderzyła się z bałaganem komunistycznym, bo pierwszy okres po wielkim kataklizmie zwykle jest stosunkowo łatwy do zagospodarowania. Wysiedleni Wielkopolanie z Kraju Warty wracali do domu. Pierwsze co ich interesuje to, czy mają gdzie mieszkać i pracować. Remontują mieszkania, pomagają uruchomić zakłady pracy. Koniec koszmaru okupacyjnego odbierają jako wyzwolenie. 

Sytuacja zaczyna się zmieniać, kiedy władze uznają, że nie ma co owijać w bawełnę - będziemy budować socjalizm. Po rozgromieniu opozycji, ucieczce premiera Stanisława Mikołajczyka z Polski zaczyna się realizowanie otwartego kursu narzuconego przez Związek Radziecki, a to oznacza upaństwowienie wszystkiego, w tym również małych zakładów rzemieślniczych. Ludzie tracą pracę i dojeżdżają do większych miast. A tam nie ma inwestycji ani w komunikację ani w mieszkalnictwo, nawet wodociągi i kanalizacja źle działają. W miejsce zlikwidowanych prywatnych sklepów nie powstawały państwowe, a te które działały były słabo zaopatrzone. Im dalej było od wojny, bym bardziej społeczeństwo oczekiwało stabilizacji, która nie nadchodziła. 

Pojawiło się zniecierpliwienie i zniechęcenie, zwłaszcza z systemu organizacji pracy w zakładach, który nie miał wiele wspólnego z racjonalnością. Zmuszano robotników do ciężkiej, czasami bezsensownej pracy. Mamiło się ich perspektywą, że jak wykonają więcej procent normy, to dostaną premię i to pozwoli im lepiej żyć. Splot tych wszystkich czynników stworzył podglebie, na którym nastąpiła eksplozja protestu robotników Cegielskiego.

Nieprzypadkowo tam, bo był to największy zakład, kluczowy w Wielkopolsce, systematycznie rozbudowywany, produkujący również broń. Niektórzy słusznie mówili, że Cegielski to sumienie Wielkopolski. Co zrobi załoga Cegielskiego, to będą robili pracownicy z innych zakładów. Oni wyznaczyli kierunek marszu.

 

Co było bezpośrednią przyczyną buntu? 

Jestem przeciwny teorii, że jedna iskra spowodowała eksplozję, bo proces dochodzenia do strajku trwał jakiś czas.

Po śmierci Stalina i pewnej odwilży system jest ciągle jeszcze silny, więc na otwarty protest nikt się nie zdobędzie, ale robotnicy na przerwach śniadaniowych nie dyskutują. To był pierwszy sygnał, że coś dziwnego się dzieje. Potem idą do związków zawodowych i zakładowego komitetu PZPR. Co prawda nie przyniosło to rezultatu, ale pojawia się impuls w postaci dyskusji nad nowym planem pięcioletnim. Właśnie kończy się plan sześcioletni, który – przynajmniej w zapowiedziach – miał dać 60‑procentowy wzrost stopy życiowej. Tymczasem przy bardzo niskich pensjach między 500 a 1 200 złotych i wysokich cenach robotników nie stać na zbyt wiele. 

Dyskusja toczy się w zmienionej atmosferze, bo w Związku Radzieckim zaczęła się destalinizacja. W Polsce po ucieczce Światły na Zachód i jego audycji “Za kulisami bezpieki i partii” w radiu Wolna Europa, partia potępiła wypaczenia. Nastąpił przełom psychologiczny, który trudno przecenić. W Cegielskim zgłoszono blisko 5 tys. poprawek do planu. Do wczoraj nikt by się na to nie odważył. Oczywiście władza wysłuchała, ale nie zamierzała ich realizować. Natomiast sam fakt, że budzi się aktywność wśród ludzi jest efektem pękania bariery strachu.

Kiedy okazało się, że partia nic nie może, w Cegielskim zaczyna się organizowanie niezadowolenia. Finałem będzie wysłanie do Warszawy 30-osobowej delegacji. Tam sytuacja wygląda zupełnie inaczej, bo nagle minister Fidelski jest gotów do współpracy. Robotników najbardziej wkurzało to, że nieprawidłowo naliczano im podatek od wynagrodzeń, w wyniku czego stracili 11 mln złotych. Minister mówi, że te pieniądze będą im częściowo zwrócone. Jednak dzień później, 27 czerwca na masówkach w Cegielskim minister opowiada zupełnie inne rzeczy. Pierwszy sekretarz komitetu wojewódzkiego, Leon Stasiak ciągnie go za rękaw i mówi: - Towarzyszu ministrze, samą agitką, to my tu nic nie załatwimy. Co możemy dać robotnikom? I słyszy w odpowiedzi, że nic.

 

Czy nie bez powodu strajk wydarzył się w czerwcu? 

W tamtych czasach Międzynarodowe Targi Poznańskie odbywały się tylko raz w roku i trwały miesiąc. Do Poznania przyjeżdżali goście z zagranicy, wystawcy, dziennikarze i - przyznajmy rację władzy - szpiedzy i agenci, ale nie po to, by wywołać rewoltę, tylko, by się dowiedzieć jak wygląda sytuacja w kraju. Dla robotników ten szczególny moment miał znaczenie, bo sądzili, że władze będę musiały się liczyć z tym, że goście z Zachodu rozniosą na cały świat wieści o tym, co się wydarzy w Poznaniu.

Do dziś mnie zastanawia, czemu nie próbowano uspokoić sytuacji. Moim zdaniem dlatego, że doszło do rozgrywki między koteriami w partii. Minister Fidelski mógł cokolwiek obiecać robotnikom, ale tego nie zrobił. Pracownicy usłyszeli za to, że mają wracać do pracy, co było oczywistym zaproszeniem do protestu. Taką decyzję podejmują robotnicy. W dniu 28 czerwca o 6:30 buczek przy bramie, to sygnał dla miasta - Cegloż wychodzi na ulicę. Zabawnie wygląda sytuacja, w której Stasiak próbuje powstrzymać 10-tysięczny pochód, którego nie da się zatrzymać. Po drodze robotnicy zachęcają inne zakłady, żeby przyłączyli się do protestu.

Myślę, że to był moment przełomowy, bo do wczoraj bali się własnego cienia. Jednocześnie ich determinacja rosła, bo wiedzieli, że złamali wszystkie zasady i jeśli nie uda się spraw załatwić czekają ich poważne konsekwencje. W Małym Kodeksie Karnym za każde przewinienie było od 5 lat więzienia do kary śmierci włącznie.

Poszli pod budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Obok w Zamku była siedziba Miejskiej Rady Narodowej, a w Collegium Iuridicum - Wojewódzka Komenda Milicji Obywatelskiej - rzeczywiste centrum władzy. Robotnicy nie chcieli wywołać powstania ani obalić system tylko realizacji swoich postulatów. Teraz domagają się rozmowy z Cyrankiewiczem, premierem albo z Edwardem Ochabem, pierwszym sekretarzem partii. 

 

Czy na tym etapie było możliwe, żeby powstrzymać rozlew krwi?

Tak, gdyby władzom zależało na rozwiązaniu problemu, ale tak nie było. Zwróćmy uwagę na układ czasowy - nieliczne grupki robotników zaczynają gromadzić się na placu o 9:30, a już o 8:00 rano na Biedrusku jest alarm. Na 10:00 zwołano posiedzenie Biura Politycznego w Warszawie. Wcześniej do Ochaba zgłasza się Rokossowski, ówczesny minister obrony narodowej. Stawia sprawę po męsku, mówi: daj mi wolną rękę, załatwię sprawę Poznania. W tym momencie zapada decyzja o pacyfikacji miasta, choć jeszcze nic się nie wydarzyło.

W Poznaniu zaczynają się przemówienia, ulice dookoła są pełne ludzi. Wiadomo, że to nie rozejdzie się po kościach. W KW Kraśko od propagandy będzie próbował rozmawiać z ludźmi, ale jego możliwości przekonywania są niewielkie. Nikt nie odpowiada tak, jak powinien. Dlaczego? Nie chcę iść w kierunku spiskowej teorii dziejów, myślę, że po prostu był bałagan. Im się w głowie nie mieści, że coś takiego mogło się zdarzyć - nie ma wypracowanych procedur, co robić w takiej sytuacji. 

Gdy pada hasło, że aresztowano delegację robotniczą, która była w Warszawie, odzew tłumu może być tylko jeden: idziemy uwolnić naszych braci. Podchodzą pod więzienie na Młyńskiej. Naczelnik Lewandowski dzwoni i pyta, co ma robić. Nikt nie podejmuje decyzji. Drugie najście kończy się przeskoczeniem przez płot i uwolnieniem więźniów, wśród których nie ma delegacji, bo nie została aresztowana, oprócz Rutkowskiego, o czym nikt nie wie. Tłum idzie na Kochanowskiego, gdzie jest budynek Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

Moment przełomowy to ten, w którym  pada strzał. Przyjmuje się powszechnie, że strzelił ktoś z UB. Jak było naprawdę, pewnie nie dowiemy się nigdy. Strzały na Kochanowskiego doprowadziły do walk. Wokół było kilkaset osób, reszta rozeszła się już wtedy do zakładów pracy i domów. 

 

Jakie były konsekwencje Poznańskiego Czerwca dla władzy?

Zacznijmy od tego, że Poznański Czerwiec został utopiony we krwi. Skala ofiar była niewyobrażalna. Nie wiem, dlaczego dzisiaj obowiązuje teza, że zginęło 58 osób, 53 wskazali sami ubecy w raportach. Jest szereg wątków, które pokazują, że ofiar mogło być więcej - nawet 100. Nie dlatego, że większa liczba podniesie rangę wydarzenia. Jedna ofiara to już jest za dużo. Natomiast próbuję szukać prawdy.

W 2006 r. zrobiłem konferencję i ogromną wystawę w Zamku. Zgłosiło się wtedy do mnie kilka osób. Jedną z nich był pan, który w 1970 r. służył w wojsku. Przypadkowo znalazł polankę na poligonie w Biedrusku, na której były rzędy grobów oznaczone nazwiskami i stopniami wojskowymi zmarłych w 1956 r. Odszukaliśmy to miejsce. Niestety prokurator z Instytutu Pamięci Narodowej nie poszedł tym tropem, choć mówiło się o rozstrzelanych na Ławicy.

Była też plotka, że zginął francuski dziennikarz. Przedstawiciel ministerstwa i rzecznik prasowy targów szukali go w kostnicach. Naliczyli wtedy 113 ciał, ale to nie znaczy, że wszyscy brali udział w buncie. Musimy też pamiętać, że szpitale fałszowały dokumentację medyczną, żeby ochronić rannych. Osoby przyjezdne też mogły ucierpieć, ale nie zgłaszały się po pomoc, bo wiedziały, że mogą być kłopoty. Nigdy nie poznamy dokładnej liczby ofiar.

Mogłoby się wydawać, że brutalne stłumienie poznańskiego czerwca powinno działać uspokajająco na cały kraj. Społeczeństwo reaguje jednak inaczej. Robotnicy zaczynają domagać się poprawy swojej sytuacji. W dokumentach partyjnych czytamy, że grozili, że zrobią drugi Poznań. Władza godzi się, bo wie, że nie może sobie pozwolić na powtórkę.

Czy to pomaga w walce o władzę na szczytach partyjnych? I tak, i nie. Ci, którzy domagają się pewnej demokratyzacji, mówią: słuchajcie, jak nie poluzujemy, to będziemy mieli mnóstwo takich ognisk. Ortodoksi za to: ledwo trochę poluzowaliśmy, to już nam weszli na głowę. Świadomość Poznańskiego Czerwca tkwi w polskim społeczeństwie i zderza się z próbą wyjaśnienia tego, co się zdarzyło.

Podejście władz również ewoluuje - zaczyna się od chuliganów, agentów imperialistycznych. Latem pojawiają się inne wyjaśnienie: był to słuszny protest robotników, wykorzystany przez szumowiny. Nadchodzi październik, kiedy Gomułka mówi, że klasa robotnicza dała nam w Poznaniu bolesną nauczkę, krzyknęła jednym gromkim głosem: dosyć, zawrócić z błędnej drogi. Wyśmiał tezę  o imperialistycznych agentach - musiał być świadomy, że skoro Poznań się zdecydował wystąpić, tak samo może zareagować reszta kraju. Świetnie to wykorzystał, wtedy nie było popularniejszego polityka od niego w Polsce. 

To, co zdarzyło się w Poznaniu z całą pewnością było elementem przyspieszającym przemiany demokratyzacyjne. Oczywiście bardzo szybko okazało się, że wrócono w stare koleiny, ale to już nigdy nie była kopia poprzedniego systemu.

Dodałbym jeszcze spontaniczny 300-tysięczny wiec w Warszawie, który musiał podziałać na Gomułkę przerażająco. Nagle zobaczył, że klasa robotnicza może masowo wpływać na władzę. Powiedział ludziom: dość wiecowania, czas przejść do codziennej pracy. Połączenie Poznańskiego Czerwca i spontanicznej reakcji tłumu w październiku, to były dwa elementy, które z całą pewnością oddziaływały na przemiany w Polsce po 1956 r.

Zobacz też: Prof. UAM Konrad Białecki. Represje wobec zbuntowanego miasta