Wersja kontrastowa

Dr Honorata Hafke-Dys. Moc kobiet

Fot. A.Wykrota
Fot. A.Wykrota

 

StethoMe wypływa na głębokie wody a wraz z nim jego twórcy. Dr Honorata Hafke-Dys (Wydział Fizyki UAM) przyznaje, że wymaga to od niej i zespołu sporych nakładów pracy, które nie zawsze da się pogodzić z uniwersytecką karierą. Czasem trzeba przeorganizować priorytety- mówi. Sama dla projektu poświęciła dwa lata swojego naukowego życia, ale jak widać opłacało się.

Czy pandemia pomogła StethoMe rozwinąć skrzydła?

Tak, ale nie w tych obszarach, w których przewidywaliśmy, że tak się stanie. Kiedy dwa lata temu zaczęła się pandemia liczyliśmy, że zwiększy to zapotrzebowanie na telemedycynę, a tym samym na nasz stetoskop, który przecież został zaprojektowany do użytku domowego. Tymczasem, ku naszemu zdziwieniu, tak się nie stało. Rynek bardzo szybko nasycił się bardzo podstawową usługą, jaką jest teleporada. To było najprostsze rozwiązanie i z perspektywy firm telemedycznych bardzo efektywne. Niestety nie z perspektywy pacjentów. Sama teleporada bez dodatkowych badań zwłaszcza w przypadku dzieci nie jest rozwiązaniem wystarczającym. Jak rozpoznać zapalenie oskrzeli, czy płuc bez badania osłuchowego? Wtedy jeszcze nie szukano rozwiązań, które pomogłyby wyróżnić się na rynku, podnieść jakość usługi. Z drugiej strony mleko już się rozlało, chcąc nie chcąc zaczęliśmy masowo korzystać z telemedycyny. A lekarze otworzyli się na nowe rozwiązania technologiczne, powoli też do nowej sytuacji dostosowuje się prawo, które do tej pory praktycznie nie akceptowało porad zdalnych. Dla nas, twórców StethoMe, to sygnał, aby przepracować wnioski i zaproponować swoje rozwiązania.

A wracając do pytania, paradoksalnie pandemia sprawiła, że StethoMe zainteresowali się pracownicy służby zdrowia: ratownicy medyczni, lekarze na oddziałach covidowych. Podjęliśmy współpracę ze szpitalem przy ul. Szwajcarskiej w Poznaniu i przygotowaliśmy specjalny moduł, który lekarzom ułatwia przeprowadzenie bezprzewodowego badania osłuchowego w odzieży ochronnej, w kombinezonach.

Na rynku sporo jest urządzeń, które przypominają StethoMe. Na czym polega innowacyjność waszego produktu?

Faktycznie, jeśli w wyszukiwarkę wpiszemy „stetoskop cyfrowy” to pojawi się kilka pokrewnych rozwiązań, które np. ułatwią lekarzowi osłuchanie chorego. Są to jednak rozwiązania dla profesjonalistów, cały czas wymagają lekarza, który będzie umiał z nich skorzystać i to on ma ich bezpośrednio używać. To co nas wyróżnia to fakt, że przenieśliśmy to badanie do domu pacjenta. Sam może je wykonać, nie idąc za każdym razem do przychodni. Oprócz stetoskopu oferujemy oprogramowanie, które przeprowadzi pacjenta przez cały proces badania, i zapewni jakość sygnału, która ma wartość diagnostyczną. Już w domu algorytmy sztucznej inteligencji zaalarmują pacjenta, jeśli pojawią się nieprawidłowości. Badanie może zostać wysłane za pomocą maila czy smsa do lekarza, który może zdalnie przeanalizować stan zdrowia pacjenta i zaproponować leczenie, a to wszystko z zachowaniem bezpieczeństwa danych. StethoMe wykrywa wszystkie rodzaje nieprawidłowych dodatkowych dźwięków w układzie oddechowym rekomendowane przez ERS (European Respiratory Society): świsty, furczenia, rzężenia drobno- i grubobańkowe. Dodatkowo urządzenie mierzy też częstość oddechów, stosunek wdechu do wydechu czy puls. To ważne parametry w kontekście monitorowania zaostrzeń u pacjentów z astmą, w szczególności u dzieci. Pytała pani o sprzedaż. Poza Polską StethoMe dostępny jest już w Wielkiej Brytanii i Francji, a także na bardzo wymagającym i restrykcyjnym rynku japońskim. U nas można go kupić na Allegro z nielimitowaną subskrypcją lub na naszej stronie w modelu subskrypcyjnym. StethoMe można wypożyczyć na 3 miesiące za niewielką opłatą i sprawdzić jak działa. Naszą pierwszą grupą docelową są dzieci chorujące na astmę. Cały czas rozwijamy projekt i prowadzimy działalność badawczą. W tej chwili StethoMe jest stosowane również przez pacjentów chorujących na mukowiscydozę, czy tych którzy przeszli COVID. Biorąc udział w naszych badaniach urządzenie można dostać za darmo, na pół roku pod warunkiem regularnego wykonywania badań. Wygraliśmy także przetarg na dostarczenie Ministerstwu Zdrowia 1000 stetoskopów do domowego zdalnego monitoringu osób starszych. Pilotaż prowadzony przez MZ właśnie dobiega końca, tak więc pewnie w niedługim czasie coś będziemy mogli o tym powiedzieć.

Szmery, świsty, furczenia – cała symfonia dźwięków, skąd u pani wiedza na ten temat? 

Medycyna interesowała mnie od zawsze. Początkowo studiowałam optykę okularową. Na drugim roku zajęcia odbywały się głównie na Uniwersytecie Medycznym. Wtedy nawet zaczęłam się zastanawiać nad zmianą uczelni. Fascynowało mnie to, że z teorii, której tyle uczyłam się w szkole, nagle zaczęłam zajmować się problemami, które tak silnie związane są z życiem, i to w najdosłowniejszym tego słowa znaczeniu. Ostatecznie skończyłam akustykę, a później otrzymałam tytuł doktora w zakresie biofizyki. Będąc z córką w szpitalu i słuchając wielu (często odmiennych) opinii lekarskich, bardzo interesowało mnie, co lekarze słyszą przez stetoskop. Od tego się chyba zaczęło.

Kiedy rozmawiałyśmy ostatni raz StethoMe był projektem, pomysłem dwójki adiunktów z Instytutu Akustyki UAM. Dzisiaj to prężnie działająca spółka.

Pomysł na StethoMe zrodził się w mojej głowie. Dużo wówczas współpracowałam z Jędrzejem (prof. UAM dr hab. Jędrzej Kociński) i łączyły nas wspólne problemy. Nasze dzieciaki często chorowały, my często chodziliśmy do lekarza, żeby je osłuchać. Pojawił się pomysł na badania dźwięków osłuchowych, pierwsza magisterka z tej tematyki - wspólnie zastanawialiśmy się nad możliwymi zastosowaniami naszych badań. Bardzo nas bolało, że na uniwersytecie takie projekty kończą się zwykle na etapie publikacji. Dzisiaj mogę powiedzieć, że dzieje się to głównie z tego powodu, że planując badania nie myśli się o ich komercjalizacji. Mówiłam pani o urządzeniach zbliżonych swoimi funkcjami do StethoMe – jest ich kilka, natomiast badań na ten temat całe mnóstwo. Na początku, kiedy zaczynaliśmy realizację tego projektu, wydawało nam się, że stworzenie takiego urządzenia, to będzie pikuś. Było przecież dużo badań w tym zakresie. Tymczasem okazało się, że były one przydatne w bardzo małym stopniu. Dlaczego? Bo prowadzone były na zbyt małej liczby próbek, bo pomiary zostały wykonane w sterylnych akustycznie warunkach laboratorium. To jest trochę tak, jak lubimy powtarzać u nas w firmie: każdy jest kozakiem, dopóki nie wyjdzie ze swojego laboratorium. Musieliśmy nasze badania skonfrontować z rzeczywistością - z niecierpliwym dzieckiem w czasie badania, z hałasem jaki panuje w warunkach domowych, z zaufaniem lekarzy, z całą masą prozaicznych problemów, które są kluczowe, żeby przenieść teorię w rzeczywistość. 

I tak pojawił się pomysł na start-up?

Razem z Jędrzejem szukaliśmy sposobu, aby skomercjalizować ten pomysł. I w tamtym okresie, ale myślę, że tak dużo nie zmieniło się w tym zakresie, nie było innej opcji. Projekt musieliśmy przenieść poza UAM powołując do życia spółkę. Co prawda cały czas współpracowaliśmy z uczelnią, ale już na własnych warunkach.

Przez pierwsze dwa lata działania firmy udało mi się łączyć pracę na wydziale i działalność w StethoMe, później stało się to niemożliwe – fizycznie nie dawałam już rady. Wzięłam dwuletni bezpłatny urlop - co prawda nadal prowadziłam działalność naukową i publikowałam z afiliacją mojej Alma Mater, ale na działalność dydaktyczną po prostu nie miałam czasu. Musiałam określić priorytety. Na UAM wróciłam dopiero w tym semestrze, na część etatu. Tymczasem od dawna można zaobserwować taki trend na całym świecie. Młodym ludziom zależy, aby zajmować się tematami, które są blisko życia. Nie chcą pisać do szuflady tylko po to, aby uzyskać jakieś iluzoryczne punkty czy tytuły. Przykro to pisać, ale samo bycie na uczelni, czy tytuł nie robią już na wielu młodych ludziach wrażenia. Chcą działać w dynamicznych interdyscyplinarnych, międzynarodowych zespołach i rozwiązywać ważne dla świata problemy. Potrzebują partnerskich relacji i środowiska, które będzie wspierało ich pomysły i pomagało im osiągać zamierzone cele. Wspólnie z Jędrzejem mieliśmy kontakt z Rektorem ds. cyfryzacji i współpracy z gospodarką, z którym rozmawialiśmy na ten temat kilkakrotnie mówiąc o swoich doświadczeniach - zaoferowaliśmy swoją pomoc. Mam wrażenie, że coś powoli zaczyna się ruszać w tej sprawie. Trzymam za to kciuki.

Ile osób pracuje obecnie w spółce?

W tej chwili na stałe pracuje z nami ok 20 osób plus współpracujący lekarze – to w sumie nie jest mało, ale jeśli pod uwagę weźmiemy tak skomplikowany produkt, jakim jest StethoMe, to ciągle za mało. Podlegamy tym samym regulacjom, co duże firmy medyczne. To jest rynek w pełni i ściśle regulowany. Każda zmiana w produkcie wymaga uruchomienia odpowiednich procedur i formalności mogą trwać nawet rok. Poza tym prowadzimy duże projekty naukowe, jesteśmy obecni na trzech rynkach, co również wiąże się z obsługą klientów, z całym tym technicznym zapleczem. Trzeba też pamiętać, że nasza firma jeszcze nie jest samowystarczalna. Musimy na bieżąco pozyskiwać inwestorów. Życie startupu to walka i olbrzymi stres na wielu polach.

Jak sama pani wspomniała, prowadzenie spółki wymaga wszechstronnej wiedzy, również tej związanej z biznesem. Jak dzielicie się Państwo obowiązkami?

Jest na pięcioro współwłaścicieli. Podzieliliśmy się naszymi obowiązkami zgodnie z naszymi umiejętnościami. Takie założenie towarzyszyło nam od początku. Z prof. Kocińskim zajmujemy się stroną naukową projektu. Dodatkowo Jędrzej opiekuje się też częścią regulacyjną, o czym nie miał zielonego pojęcia przed założeniem spółki, a teraz jest już po kilku pozytywnych audytach certyfikacyjnych. Ja natomiast dodatkowo mam pod opieką cały produkt jego UX i strategię jego dlaszego rozwoju. Natomiast nasi koledzy, Wojtek Radomski, Paweł Elbanowski, Marcin Szajek, którzy są absolwentami Politechniki Poznańskiej i mają doświadczenia w prowadzeniu firmy, zajmują się częścią biznesową i zapleczem technicznym. Ten podział jest bardzo elastyczny, tak naprawdę jeszcze wszyscy musimy zajmować się wszystkim po trochu. I tak też działamy. Nie wspomniałam jeszcze o doradcach, którzy pomagają nam też w kwestiach biznesowych. Naszym doradcą jest np. Elon Ganor, izraelski przedsiębiorca i współtwórca technologii VoIP, to dzięki niemu możemy dzisiaj np. odbyć tę rozmowę. Elon ma w tej chwili 70 lat i na koncie trzy firmy, które udało mu się sprzedać z dużym zyskiem. Korzystamy z jego doświadczenia. Jednak w strategicznych chwilach jesteśmy zdani na siebie, sami podejmujemy decyzje. A przed nami najtrudniejszy etap, czyli pełna komercjalizacja projektu, zderzenie z prawdziwym rynkiem.

Czy dzisiaj, kiedy projekt odnosi tyle sukcesów, nie żałuje pani swoich decyzji…

Wtedy wydawało mi się, że była to rozsądna decyzja. Nie miałam doświadczenia biznesowego, byłam mocno osadzona w kulturze akademickiej. Myślałam, że sama nie dałabym rady. Teraz z perspektywy czasu, nie jest to dla mnie już takie oczywiste. Gdybym miała nowy pomysł, to nie wiem, jaką podjęłabym decyzję. Jestem bogatsza o ładnych kilka lat doświadczenia. Z drugiej strony uniwersytet nadal nie wypracował sprawdzonych metod wsparcia biznesu, transferu wiedzy do gospodarki, tworzenia spin-offów, a szkoda. Patrząc na doświadczenia naszych przyjaciół choćby z Belgii można się wiele nauczyć w tym względzie. Mam coraz więcej kontaktów ze środowiskiem biznesowym i inwestorskim i widzę, że to cały czas głównie męski świat. Chciałabym, żeby to się zmieniło. Wiem, że byłoby to z korzyścią dla świata:) Bardzo wierzę w siłę kobiet i uważam, że powinniśmy się nawzajem wspierać. Wokół nas jest coraz więcej kobiet, które samodzielnie prowadzą swoje projekty i robią to doskonale. Często oferując nowy, bardziej otwarty na potrzeby ludzi model przywództwa. Bardzo mnie to cieszy. Prawda jest jednak taka, że ta decyzja została już podjęta. Cieszę się, że StethoMe dostępny jest na rynku, a kto jest prezesem – to w tej chwili drugorzędna sprawa, aspekty związane z ego stawiam na drugim planie. Myślę, że z tego właśnie powodu tak mało kobiet jest na eksponowanych stanowiskach. One po prostu nie myślą w kategoriach „ja” a bardziej zabiegają o to, aby projekt szedł do przodu. Na tym polega moc kobiet.

Ostatnimi czasy na StethoMe posypał się deszcz nagród.

Czasami mam wrażenie, że StethoMe ma w sobie magiczny magnes, który przyciąga nagrody. Mamy ich na swoim koncie ponad dwadzieścia. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się w tym roku zakwalifikować do finałowej 20-tki Techcrunchu czyli takich Oskarów dla startupów. Zostaliśmy wybrani spośród 1500 firm na całym świecie. To naprawdę sukces. Ostatnio otrzymaliśmy też nominację jako jeden z 4 finalistów do nagrody za design urządzenia: European Design Award (organizowany przez samo EUIPO). To cieszy nas równie mocno, bo StethoMe pokazuje, że urządzenia medyczne mogą skuteczne, ale też piękne i przyjazne użytkownikowi. Zawsze jak odwiedzam placówki medyczne i przychodnie, widzę jak wiele pod kątem użyteczności jest jeszcze do zrobienia.
Myślę, że warto też wspomnieć, że jako naukowcy dzięki StethoMe też sporo więcej publikujemy. Ostatni nasz sukces to listopadowa publikacja w czasopiśmie Frontiers in Physiology pod tytułem “Artificial Intelligence Approach to the Monitoring of Respiratory Sounds in Asthmatic Patients”. W tej interdyscyplinarnej pracy pokazujemy na bazie 899 (czyli wielu tysięcy pojedynczych nagrań osłuchowych) pacjentów skuteczność naszego rozwiązania w przypadku pacjentów z astmą.

Jednak nie nagrodami i publikacjami spółka żyje. Najważniejsi są dla nas ludzie, którym chcemy pomóc, a jest ich wielu. Mnie osobiście najbardziej cieszą informacje i wiadomości od rodziców, którzy piszą nam jak bardzo ułatwiliśmy im życie, jak dużo spokoju zapewnia im kontrola nad chorobą.

zob. też StethoMe – stetoskop w twoim domu

Nauka Wydział Fizyki
Zobacz podobne

Ten serwis używa plików "cookies" zgodnie z polityką prywatności UAM.

Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza jej akceptację.