Wersja graficzna

Lech Dymarski. Ze wsparciem akademickich nauczycieli

Lech Dymarski. Fot. Adrian Wykrota
Lech Dymarski. Fot. Adrian Wykrota

 

Z Lechem Dymarskim absolwentem Wydziału Filologicznego UAM, aktorem Teatru Ósmego Dnia, współpracownikiem Komitetu Obrony Robotników rozmawia Dariusz Nowaczyk.

 

Dlaczego uniwersytet, dlaczego polonistyka?

W moim przedziale wiekowym większość kolegów szła na politechnikę. Ja też myślałem o politechnice, student politechniki - to brzmiało prestiżowo. Gdy mój ojciec zobaczył, że próbuję zrobić radio w pudełku od mydła to uznał, że jestem uzdolniony w tym kierunku. Byliśmy „ wyżem demograficznym”, trzeba więc było kalkulować, gdzie łatwiej się dostać?

Zdawałem na wydział elektryczny, gdzie przypadało ośmiu kandydatów na jedno miejsce, ale nie dostałem się, bo zadanie z fizyki mnie przerosło. Zapisałem się więc do szkoły pomaturalnej, przy technikum mechanicznym na Dębcu, ze specjalizacją - metrologia warsztatowa, czyli dziedzina precyzyjnych pomiarów. Ci, którzy nie dostali się na studia, podlegali poborowi do wojska, a stacjonarna nauka to odsuwała w czasie. Po roku zdałem do Wyższej Szkoły Ekonomicznej (dzisiaj Uniwersytet Ekonomiczny). To była trochę inna szkoła niż obecnie, dużo było abstrakcji - trudno było młodemu człowiekowi pojąć  na podstawie podręczników wyższość gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną. Ten epizod też trwał tylko rok.

Czyli wybór filologii polskiej nie wynikał z miłości do literatury…

Miłości do literatury w liceum mi nie „zaindukowano”. Ona rodziła się później. Przystąpiłem do Teatru Ósmego Dnia i, jak zaświadczał Lechu Raczak, byłem aktorem co najmniej niezłym. Uczestniczyłem m.in. w przedstawieniu, moim zdaniem najważniejszym w jego historii - „Jednym tchem”. W Teatrze Ósmego Dnia moje zainteresowanie literaturą się ugruntowało.

Jednak odszedł pan na początku lat siedemdziesiątych.

Odszedłem wcześniej, niż zamierzałem. Żałowałem tego, jak i chyba Lech Raczak, jednak względy personalne zmusiły mnie do takiej decyzji. Wszedłem do teatru, gdy jeszcze nie było kręgów przyjaciół, adoratorów, wszedłem do, że tak powiem, starej gwardii. Ja jestem z rocznika’49, a Raczak i dwaj czołowi aktorzy, czyli Marek Kirschke i Waldemar Leiser, byli o trzy lata starsi. Teatr Ósmego Dnia powstał na Uniwersytecie, pierwszym dyrektorem był Tomasz Szymański, który później był wieloletnim dyrektorem teatru w Gnieźnie. Takim spiritus movens włączenia się naszego teatru w nurt reprezentowany przez Laboratorium Jerzego Grotowskiego był Zbigniew Osiński. Po odejściu z teatru działałem samodzielnie, robiłem widowiska plenerowe, także we współpracy z warszawskim „Salonem Niezależnych”.

Innym polem działalności była Galeria ON.

To bardzo ciekawy epizod. Uczestniczyłem aktywnie w czymś, co nazywano ruchem kultury studenckiej. Odbywało się to pod skrzydłami Zrzeszenia Studentów Polskich, które za Gierka przekształcono w Socjalistyczny Związek Studentów Polskich, ale to już nie była ta atmosfera. Wcześniej  władze nie wymagały od Zrzeszenia  aktywności propagandowej. Galeria powstała na Fredry 7, na poddaszu zarządu SZSP. Nie byłem jedynym pomysłodawcą tego przedsięwzięcia, bo istotną rolę odegrał plastyk Jacek Kukieła. Ja zostałem dyrektorem tej galerii. Nazywała się ona pierwotnie Galeria Olgierda Nowaka. A kto to był? Nikt, albo inaczej:  taki everyman. Jest jakiś patron, do końca się nie wyjaśni, kto to taki - rodzaj trwałego happeningu. Miałem ambicję, aby koncentrowało się tam życie intelektualne.

Długo tam pan nie zagrzał miejsca…

W 1977 byłem już stale obserwowany przez bezpiekę. Status „sprawy operacyjnego rozpracowania” uzyskałem w 1975 po zbiórce podpisów przeciwko zmianom w konstytucji PRL.  Zauważono także moje kontakty z Jackiem Kuroniem czy Adamem Michnikiem. Po kilkunastu miesiącach pracy w galerii wezwał mnie przewodniczący ZW SZSP i oznajmił, że „oni” mu powiedzieli – tutaj wskazał ręką na widoczny z okna po przekątnej budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR (dziś Collegium Martineum) – że „albo ty albo ta galeria”. Co miało znaczyć, że jak pozostanę nadal dyrektorem, to „oni” zamkną galerię. Po zwolnieniu z Galerii ON, zadzwonił do mnie Andrzej Titkow i zaproponował stanowisko asystenta przy filmie, który reżyserował, to była umowa na rok. Bezpieka też tam dotarła i zwolnili mnie przed terminem zakończenia umowy.

Skończył pan również studia scenopisarskie…

Nie chciałem się poddać władzy ludowej w tym sensie, że już do końca życia zostanę zawodowym rewolucjonistą, choć trudno było połączyć uczciwą karierę z aktywną działalnością opozycyjną. Na ogłoszenie o naborze do studium scenariuszowego przy łódzkiej szkole filmowej wysłałem dokumenty wraz z gotowym scenariuszem filmowym. Zaprosili mnie na rozmowę kwalifikacyjną i zostałem przyjęty. Tak gdzieś po roku dyrektor zaprosił mnie na spotkanie i powiedział, że nie ma podstaw do relegowania, bo pan, panie Leszku, jednak pisze, czego nie można powiedzieć o wszystkich naszych studentach. I tak to wytłumaczymy esbekowi, który nadzoruje szkołę. Poza tym wyrzucenie pana mimo, że jest pan korowcem, nie byłoby polityczne, bo wywiązuje się pan z obowiązków. Na dodatek ogłosi to Wolna Europa, będą protesty. I niemal zawarli ze mną umowę; my jak tylko się da będziemy pana chronić, o nic pana nie pytamy, a pan niech nic nie pisze, żebyśmy nie musieli tego oceniać.

Były różne powody podejmowania działalności opozycyjnej. Co spowodowało, że pan się na to zdecydował?

Określenie mojego stosunku do rzeczywistości PRL nastąpiło ostatecznie po grudniu 1970. Chociaż wówczas wielu jeszcze wierzyło w prawdziwy komunizm, na zasadzie, że tę rzeczywistość, która jest, odrzucamy, ale gdzieś jest jakiś komunizm prawdziwy. Uważałem, że nie można wiecznie wierzyć w abstrakty, a odrzucać fakty. Co to znaczy wierzyć w jakiś cudowny ustrój, który sobie wyobrażamy, ale który jakoś się nie ziszcza?

Nie ma pana podpisu pod aktem założycielskim Komitetu Obrony Robotników…

Odpowiedź jest prosta, po pierwsze, nie byłem postacią publiczną, dostatecznie atrakcyjną, aby być w tym elitarnym gronie. Był też ważny warunek, bo działalność miała być jawna (może wszystkich zamkną, ale nie zabiją), w związku z tym członek-sygnatariusz musiał mieć adres zamieszkania, a nie wynajęty pokój, i telefon. Jak wiadomo, w Poznaniu członkiem-sygnatariuszem KOR był Barańczak.

Co to znaczyło być współpracownikiem KOR-u?

Choć profesorowie IPN jeszcze tego do końca nie rozstrzygnęli, to stwierdzić trzeba, że współpracownik KOR to była osoba, którą tak nazywano w biuletynie KOR-u za jej wiedzą i zgodą. O współpracownikach było wiadomo, że ściśle współdziałają z członkami KOR i robią m.in. to, czego ze zrozumiałych względów nie podejmują się sygnatariusze - seniorzy. Jak to bywa w historii, po latach współpracowników KOR był znacznie więcej, niż ja pamiętam, bo okazywało się, że ktoś, kto podpisał jakiś protest, od razu uważał się za współpracownika KOR. Po skutecznej obronie i wsparciu represjonowanych robotników rozszerzono nazwę na Komitet Samoobrony Społecznej „KOR”.

Czy uniwersytet pełnił jakąś rolę w opozycji 1976 - 1980?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo uniwersytet to wielka instytucja. Mieliśmy za sobą co najmniej moralne wsparcie naszych akademickich nauczycieli. W przypadku polonistyki chyba wszystkich wykładowców. Była tam wyśmienita kadra. Mówiło się wtedy, że to najlepsza polonistyka w Polsce. Gdy doszło do protestów przeciwko zwolnieniu Staszka Barańczaka z uczelni, to mój rocznik protest podpisywał gremialnie. Byli jednak na UAM też tacy pracownicy na różnych szczeblach, którzy współpracowali z SB.

Jaka była rola współpracownika KOR-u w Poznaniu w roku 1980?

Osoby doświadczone w działalności opozycyjnej związane z KOR-em, ROPCiO (Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela), Studenckim Komitetem Solidarności, Ruchem Młodej Polski, miały spore kwalifikacje do organizowania powstającej Solidarności. Ale to nie nasze niewielkie grono wywoływało w Poznaniu  strajki latem 1980 r., ten potencjał sprzeciwu był już w zakładach pracy. W sierpniu 1980 byłem dwukrotnie w Stoczni Gdańskiej, a moje kontakty na pewno przydały się w tworzeniu NSZZ ”Solidarność”.

 

Czytaj też: Prof. Grażyna Liczbińska. Od cholery do cholery

Ludzie UAM Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej

Ten serwis używa plików "cookies" zgodnie z polityką prywatności UAM.

Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza jej akceptację.