Dr Piotr Pawlak. Wojna kognitywna „hakuje” ludzi

- Wojna kognitywna pozostaje wyzwaniem, na które trzeba stale szukać nowych odpowiedzi. Z dr. Piotrem Pawlakiem z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa rozmawia Ewa Konarzewska-Michalak. 

 

Co to jest wojna kognitywna?  

Wojna kognitywna to stosunkowo nowe zjawisko, jeśli chodzi o terminologię, a stare, jeśli chodzi jej naturę. Pisze się o niej dopiero od pierwszego dziesięciolecia XXI w. Jednocześnie jest efektem konwergencji technologicznej i medialnej. Media cyfrowe wkraczają w każdą dziedzinę naszego życia, jesteśmy zmediatyzowanym społeczeństwem. 

Termin „wojna kognitywna” zaczął się pojawiać w dyskusjach think tanków i środowisk naukowych, związanych z szeroko pojętymi studiami na rzecz bezpieczeństwa i obronności. Odnosi się do operacji skupionych na pozyskaniu ludzkich umysłów i serc. Polega na ich „zhakowaniu” poprzez wywołanie emocji i zarządzaniu nimi. 

Tyle mówi teoria, natomiast w praktyce wojna kognitywna najczęściej sprowadza się do działań destrukcyjnych, nastawionych na podważenie ładu społecznego, zarówno sprawiedliwości, jak i wiarygodności poszczególnych instytucji, autorytetów, ustalonych konsensusów naukowych. Okazuje się, że w XXI w. wszystko można podważyć. 

Kiedyś Stephen Frey spytał, jak szybko upadłby mur berliński, gdyby w tamtych czasach istniał internet. Wyszedł z założenia, że jeżeli w sieci krąży szlachetna myśl, to nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Ale to były jeszcze czasy, kiedy byliśmy entuzjastami rozwoju tzw. społeczeństwa informacyjnego. Dzisiaj już wiemy, że jest inaczej, że w sieci krążą nie tylko szlachetne myśli, ale też wszelkiego rodzaju teorie spiskowe.  

Celem wojny kognitywnej może być doprowadzenie do stanu anomii. Można ją utożsamić z anarchią, kiedy ludzie przestają wierzyć w jakiekolwiek sądy normatywne. Społeczeństwo traci moralny i światopoglądowy kręgosłup, a coraz bardziej rozdrobnione grupy zaczynają walczyć ze sobą. Podważają wszystko, co jest możliwe do podważania. W tym względzie wojna kognitywna stanowi odbicie niektórych technik używanych w marketingu politycznym i gospodarczym. Bardzo charakterystyczne jest mikrotargetowanie, czyli znajdowanie coraz bardziej rozdrobnionych nisz i zasiewanie określonego przekazu, który bardzo często nie jest spójny względem ogólnego celu. Chodzi o to, żeby siać ferment i destabilizować.  

Co jeszcze? W przeszłości starano się wykorzystywać mechanizmy psychologiczne związane z dezinformacją, często ze straszliwym skutkiem. W latach 50. po wojnie w Korei amerykański wywiad był zszokowany faktem, że wielu żołnierzy wziętych do niewoli składa tzw. konstruktywną samokrytykę, oczerniając „zgniły Zachód” i wychwalając dobro systemu komunistycznego. W Stanach Zjednoczonych wybuchła paranoja, obawiano się, że komuniści stworzyli technologię, która umożliwia „pranie mózgu”.  

Wywiad amerykański powołał projekt MKUltra, w którym pracowano nad bardzo dziwnymi rzeczami z tragicznym skutkiem. Starano się np. odnaleźć serum prawdy, hipnozę, deprywację sensoryczną czy substancje psychoaktywne do wpływania na zmianę światopoglądu jednostki. Badano, czy można wyprać człowieka z tożsamości, a potem wgrać mu nową. W tym procesie posługiwano się metodami, które dzisiaj byłyby absolutnie niedopuszczalne z punktu widzenia paradygmatu naukowego oraz etyki psychologicznej. Faszerowano ludzi narkotykami, trzymano w izolacji, w absolutnych ciemnościach, nie pozwalano im spać. Okazało się to ślepą uliczką prowadzącą do rozbijania rodzin, załamań psychicznych, samobójstw i zachowań agresywnych. 

Tymczasem Związek Radziecki, Chiny, Wietnam i Korea Północna po prostu „prały mózgi”, przetrzymując ludzi w strasznych warunkach, torturując do granic wytrzymałości.  

 

Wróćmy do współczesnej wojny kognitywnej prowadzonej przez Rosję. Dlaczego Rosjanie są w niej tak dobrzy?  

Od razu muszę uspokoić: nie są bardzo dobrzy. Mają bardzo długie tradycje, to prawda, ale brakuje im nowoczesnej technologii, która jest kluczowa do prowadzenia skutecznej operacji kognitywnej.  

W obszarze mediów, technologii cyfrowej i sztucznej inteligencji nadal dominują Stany Zjednoczone. Z drugiej strony mamy Chiny, które rywalizują ze Stanami, ale Rosja na szczęście jeszcze raczkuje w tej dziedzinie, choć bardzo dobrze wykorzystuje dostępne powszechnie narzędzia, jak media społecznościowe. 

 

Nie pociesza mnie fakt, że popularne media społecznościowe należą do Amerykanów. Ich właścicielom opłaca się szerzenie dezinformacji oraz bazowanie na takich emocjach jak strach i gniew. 

Tak, ma pani rację. Co jakiś czas prowadzone są akcje moderacyjne polegające na czyszczeniu sieci z trollkont. Głośna była akcja w latach 2017-2018 skierowana przeciwko trollom z rosyjskiego Olgina, jak i późniejsze akcje identyfikacji i likwidacji sieci trollkont na Facebooku, Twitterze czy obecnie na portalu X. Jednak trudno nadążyć za trollami, bo obecnie obserwujemy duże przyspieszenie, które zostało zauważone już przed laty przez apologetów społeczeństwa informacyjnego jak Manuel Castells czy Jan van Dijk. Każdego dnia jesteśmy zalewani zwiększającą się masą informacji na różne tematy. To jest oczywiście wyzwanie, ale tę sytuację pod pewnymi względami możemy wykorzystać. Na przykład stratę w marketingu politycznym da się przeczekać, wiedząc, że za 24, 48 lub 72 godziny kłopotliwa informacja zostanie przykryta nową. 

Ale to, o czym pani mówi, jest od zawsze związane z naturą mediów opartych na systemie news value, w którym liczą się przede wszystkim wiadomości negatywne. Jeżeli mamy dwie informacje, które mogłyby liczyć na podobny zasięg, to zawsze na pierwszym miejscu pójdzie informacja negatywna. Tak było już znacznie wcześniej, zanim Putin objął władzę w Rosji. 

O ile dobrze pamiętam, portal Onet wprowadził możliwość zakładania kont i komentowania w 2000 r., tuż po oficjalnym wyborze Putina po raz pierwszy na prezydenta Federacji Rosyjskiej. Można przypuszczać, że rosyjskie służby bardzo szybko dostrzegły potencjał takich narzędzi. Czym się różni FSB, wcześniej KGB, od Gestapo? Tym, że tego pierwszego nikt nie zlikwidował ani nie zreformował w sposób mający zapewnić demokratyczne standardy tej instytucji. Za to dostało komputery, a teraz sztuczną inteligencję. 

 

Patrząc na to, do jakiego stopnia udało się rosyjskim służbom fałszywymi informacjami rozpalić nastroje antyukraińskie w Polsce, znają się na swojej robocie. 

Z pewnością. Mało tego, Rosjanie wspierają narracje, które są wewnętrznie sprzeczne. Clausewitzowska terminologia mgły wojny w świecie cyfrowym jak najbardziej ma znaczenie. Najlepszą obroną przed taką destruktywną dezinformacją jest dążenie do obiektywizmu. Można byłoby zgodzić się ze stwierdzeniem, że nie ma prawdy absolutnej, ale jeśli można się do niej maksymalnie zbliżyć, to właśnie należy to zrobić – „prawda was wyzwoli”. 

Głównej roli upatruję w mediach fact-checkingowych. Z jednej strony natura mediów ma trochę ciemny charakter, biorąc pod uwagę pogoń za negatywnymi informacjami, rozbudzanie emocji, zamykanie ludzi w bańkach, ale z drugiej strony w prasie drzemie od samego początku pierwiastek chęci dążenia do prawdy. Przecież wyrosła ze społecznej potrzeby dostępu do w miarę obiektywnych informacji. Dziś dominuje publicystyka, a obiektywne fakty powinny być w miarę możliwości tego komentarza pozbawione. Mamy przecież Demagoga, który wykonuje bardzo dobrą pracę i jest celem operacji kognitywnych. Zarówno Demagog, jak i inne media fact-checkingowe stanowią pierwszy, najważniejszy falochron przed zalewem dezinformacji.  

Dezinformacja rosyjska zaczęła pojawiać się w polskich mediach wcześnie. Niektóre trollkonta zakładane na Onecie, Wirtualnej Polsce czy Interii w latach dwutysięcznych były aktywne już podczas wojny w Gruzji w 2008 r., a masowo uderzyły w roku 2014. 

Wtedy większość ludzi, w tym ja, była zaskoczona skalą rosyjskiej dezinformacji. Teraz mniej więcej wiemy, jak z nią walczyć. Zarówno w obszarze NATO, jak i państwach Unii Europejskiej ten problem cały czas rozpoznajemy, opisujemy i staramy się mu przeciwdziałać. Myślę, że w tym zakresie Rosja niczym szczególnie niespodziewanym nas już nie zaskoczy. Generalnie jestem optymistą. 

 

Również w przypadku Chin? 

Nie, Chiny są większym zagrożeniem. DeepSeek, jeden z najpopularniejszych chińskich modeli AI, był w 2025 r. jedną z najczęściej pobieranych aplikacji. Ten program zbiera nasze dane i przechowuje na chińskich serwerach, gdzie podlegają tamtejszemu prawu bezpieczeństwa i inwigilacji. 

Mówi się, że DeepSeek może nie tylko mapować użytkowników, ale także prowadzić coś na kształt mikrotargetowania, określanego przez ekspertów mianem „neurological influence operations”. Posłużę się filmową analogią. W jednej z części „Harry’ego Pottera” pojawia się bogin, który każdemu ukazuje to, czego najbardziej się boi. Gdyby jednak odwrócić tę logikę i odwołać się do koncepcji kultury popularnej Marka Krajewskiego, każdy widziałby coś, co sprawia mu przyjemność i przyciąga jego uwagę. Podobnie działają algorytmy DeepSeeka: mogą zbierać informacje o naszych lękach, preferencjach i zainteresowaniach, tworząc coraz dokładniejsze profile użytkowników. W jakim celu te dane są przetwarzane, tego nie wiemy. 

Całe szczęście, że zarówno w UE, jak i Stanach Zjednoczonych prowadzi się intensywne prace nad regulacjami. W Europie mamy AI Act, z kolei na gruncie amerykańskim w cały proces mocno zaangażowany jest Pentagon, który podchodzi do tego zadania znacznie bardziej utylitarnie. Mam nadzieję, że pojawi się skuteczna kontra ze strony Zachodu. 

 

Zobacz też: Dr Michał Kosakowski. Siła myślenia spiskowego

 

Mówił pan o obiektywizmie mediów, ale wiele osób nie szuka wiarygodnych źródeł informacji. Gdy uwierzą w teorie spiskowe, stają się wręcz zaimpregnowane na wiedzę, która im przeczy. Dlaczego? 

Wchodzimy tu w procesy psychologiczne. Natura człowieka jest taka, że w niektórych sytuacjach nie chce usłyszeć prawdy. Może zaakceptować, że strona, którą popiera, przekroczyła prawo, zachowała się nie fair. Taki człowiek wyprze to z pamięci. Na tym mechanizmie opiera się zresztą wiele technik marketingowych. 

Warto wspomnieć też o tym, że wojna kognitywna jest nowym polem walki. Tradycyjnie za domeny działań wojennych uznaje się ląd, morze, powietrze, kosmos oraz cyberprzestrzeń. Coraz częściej dodaje się do nich szóstą: domenę kognitywną, czyli sferę ludzkiej wiedzy, percepcji i procesów poznawczych. 

Wojna kognitywna opiera się na połączeniu wiedzy z różnych obszarów z możliwościami, jakie dają nowoczesne media i sztuczna inteligencja. Zintegrowane strategie walki rozwijają głównie największe mocarstwa, ale to przede wszystkim w strukturach NATO i USA koncepcja domeny kognitywnej jest intensywnie rozwijana jako potencjalne nowe pole walki. Europa odrabia lata zaniedbań i coraz skuteczniej walczy z dezinformacją.  

Umiemy już rozpoznać rosyjską propagandę. Problem polega jednak na czymś innym: jej celem nie jest przekonanie wszystkich do jednej narracji, lecz pogłębianie podziałów społecznych i politycznych. Z punktu widzenia Kremla idealna sytuacja to taka, w której wszystkie strony sporu oskarżają się nawzajem o bycie „ruskimi onucami”, a tu potrzebna jest zgoda. Dlatego właśnie wierzę w sens funkcjonowania i pracy mediów fact-checkingowych. 

Owszem, są one krytykowane, częściowo dlatego, że same stają się celem operacji kognitywnych. Hallin i Mancini, opisując systemy medialne, zwrócili uwagę, że w demokratycznych systemach liberalnych media są atakowane przez różne strony sporu politycznego, co paradoksalnie świadczy o tym, że starają się zachować obiektywizm. Takie właśnie powinny być media fact-checkingowe, szczególnie w wojnie kognitywnej.  

Zmiany na rynku medialnym, także w Stanach Zjednoczonych, budzą wątpliwości co do przyszłości tego modelu. Coraz częściej mówi się o tym, że część mediów nie zachowuje neutralności i wspiera określone narracje. To pokazuje, że wojna kognitywna pozostaje wyzwaniem, na które trzeba stale szukać nowych odpowiedzi. 

W tym kontekście warto zadać pytanie: kto jest skuteczniejszym agentem wpływu? Osoba świadomie realizująca cudze interesy czy ktoś, kto nie zdaje sobie sprawy, że powiela określoną narrację, szczerze wierząc, że działa samodzielnie?