Z dr. Przemysławem Kieliszewskim, absolwentem Wydziału Prawa i Administracji UAM, dyrektorem Teatru Muzycznego w Poznaniu, rozmawia Krzysztof Smura
Kolejna premiera Teatru Muzycznego, tym razem dotycząca Czerwca ’56, za nami. Nie pytam dlaczego, bo to głupie, ale o kierunek muszę spytać. Historia, a zatem i Pamięć często gości na deskach Muzycznego...
Miałem szczęście mieć dobrych i inspirujących historyków w szkołach, które kończyłem: Dariusz Młodzianowski, działacz podziemia, mówił nam przy zamkniętych drzwiach o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki, Michał Sobański o zbrodni katyńskiej, a prof. Eliza Liberkowska przez cały okres nauki w liceum pokazywała nam, że rzeczywiście „historia jest nauczycielką życia”. Z Markiem Tymą do dziś rozmawiamy o historii, chodząc po górach. Pamiętam temat matury w Liceum im. Ignacego Jana Paderewskiego o państwie Jagiellonów...
Natomiast teatr spełnia również funkcje edukacyjne, a historia jest naszym tożsamościowym zakorzenieniem. Stąd spektakl o Paderewskim – jednej z najważniejszych osób dla zintegrowania Wielkopolan wokół idei odzyskania niepodległości. Wcześniej inscenizowaliśmy też przedstawienie o barwnych latach 20. i 30. przed nadejściem nazizmu – o tym jest musical „Cabaret”, wyprodukowany na początku tego sezonu. Można powiedzieć, że konsekwentnie opowiadamy wiek XX – również spektaklami o Irenie Sendlerowej czy o zniewoleniu gotowanym jednostkom przez systemy totalitarne w „Kombinacie” Wojciecha Kościelniaka z piosenkami Grzegorza Ciechowskiego i zespołu Republika. Teraz spektaklem o Poznańskim Czerwcu ’56 nie tylko przypominamy tę historię. Sami odkrywamy, jak ona była i jest ważna dla tożsamości Poznaniaków. Poznań, tak jak był zaczynem polskiej państwowości, sam wyrwał niepodległość zwycięskim Powstaniem Wielkopolskim, został niezwykle mocno doświadczony podczas II wojny światowej (o czym się zapomina), w 1956 r. na gruncie tej tożsamości również pierwszy sprzeciwił się tek masowo siermiężnemu, niewydolnemu i nieludzkiemu systemowi komunistycznemu.
Fot. Dawid Stube
Ma Pan jakieś własne „wspomnienia” związane z poznańskim czerwcem?
Osobiście nie bardzo [śmiech]. Ale mój ojciec, Tadeusz, po obejrzeniu „Rewolty” dodał rozdział do spisywanych przez siebie wspomnień. Jako dziesięciolatek najpierw, wracając z babcią ze sklepu przy ul. Poznańskiej, obserwował tłum, zmierzający głośno – bo częściowo w charakterystycznych drewnianych butach roboczych „okulakach” – również tamtędy pod gmach UB przy Kochanowskiego. Potem siedział niemal całe popołudnie 28 czerwca w swoim oknie w kamienicy na rogu Krasińskiego i Roosevelta i obserwował wydarzenia. Szczęśliwie dla niego wyszedł na chwilę do kuchni, a wtedy w okno wpadł odłamek, a w parapet, na którym siedział, wbiło się grube ozdobne szkło z górnej części okna. Napisał jeszcze o swojej mamie, Helenie, i siostrze, Majce, które spędziły noc z 28 na 29 czerwca w przychodni na Słowackiego, gdzie zatrzymała je godzina policyjna. W kamienicy był jeden telefon wówczas, więc długo nie było wiadomo, co się z nimi stało. Na ulicach było wtedy 100 tys. ludzi. Prawie każda poznańska rodzina przechowuje więc jakieś trudne wspomnienia. A książka Jarosława Maciejewskiego i prof. Zofii Trojanowiczowej z 1981 r. rozeszła się wówczas w gigantycznym nakładzie – co było ewenementem na pół roku przed wprowadzeniem stanu wojennego, gdyż wcześniej nie wolno było wspominać o tych tragicznych wydarzeniach, w których zginęło blisko 60 osób, wielu było rannych, a wielu musiało dyscyplinarnie opuścić Poznań, w którym otrzymali zakaz pracy, jak np. ojciec Krzysztofa Krawczyka.
Wybór piosenek grupy Maanam nie był przypadkowy. Co pana zainspirowało?
Siedzieliśmy we trzech nad moimi notatkami, które stanowiły zarys scenariusza. Przemek Pilarski, który jest jego twórcą, i Jerzy Jan Połoński, który pięknie zainscenizował i wyreżyserował ten spektakl. To on nas nakierował na muzykę Marka Jackowskiego i teksty Kory. Zaczęliśmy słuchać po kolei tych piosenek i robić notatki. Niemal każda z nich wydała nam się niezwykłym poetyckim komentarzem do czasów słusznie minionych…
Mnie zachwyciła druga część „Rewolty”, a słonie po prostu wbiły w fotel… Komu zawdzięczamy tę scenę?
Tak, Parada słoni, podobnie jak Kreon czy Stoję, stoję, robią w spektaklu niesamowite wrażenie. Na naszej małej scenie widzimy i słyszymy poruszające się czołgi… To zasługa twórców – poczynając od genialnych aranży, stworzonych przez Łukasza Damrycha do melodii Marka Jackowskiego, kończąc na choreografii Basi Olech, znanej z musicalu „1989”. Swoją robotę dołożyli scenograf, reżyser świateł i autorzy wizualizacji. Ale wizja Jerzyka Połońskiego i jego talent reżyserski zasługuje na szczególne uznanie.
Czy myśleliście, by w 70. rocznicę wyjść ze spektaklem na zewnątrz? Pamiętam, z jakim zachwytem przyjęto choćby „Carmen” wystawianą na dachu Starego Browaru. Może tym razem Cegielski?
W dniu obchodów gramy dwa razy „Rewoltę” w teatrze i organizujemy koncert pod Poznańskimi Krzyżami na Placu Mickiewicza, gdzie pojawią się piosenki zarówno z „Kombinatu”, jak i z „Rewolty”. Wszystkiego nie jesteśmy w stanie zrobić. Ale prowadzimy rozmowy z TVP o rejestracji spektaklu i pokazania go w dniu obchodów. Poznański Czerwiec ’56 zasługuje na to, by przypominać jak najszerzej jego znaczenie dla późniejszego rozbrojenia systemu komunistycznego.
Czy trudno dziś dostać licencję na tego typu przedsięwzięcie? Pytam, bo przecież niedawno sukcesem zakończyły się rozmowy na temat musicalu z piosenkami Anny Jantar.
Rozmowy ze spadkobiercami często nie są łatwe. Ale trzeba być w nich transparentnym. Czasem oczekiwania mogą być wygórowane, a my jako teatr publiczny nie jesteśmy w stanie im sprostać. Ale jakość produkcji, którą oferujemy, i uczciwość w płaceniu tantiem skłaniają do współpracy, do której wracamy po latach rozmów. Tak jest ze spektaklem o Poznaniance Annie Jantar, która stała się ikoną kultury popularnej w latach 70. i 80. Premierę zaplanowaliśmy 11 września 2027 r. i będzie to ostatnia duża premiera na starych deskach przy ul. Niezłomnych.
Na koniec pytanie o przyszłość. Obserwujemy jakieś szalone przyspieszenie. „Rewolta”, przed nami „Pani Doubtfire”, chwilę potem „Dracula”. Czy wiemy już, jaki tytuł dostąpi zaszczytu otwarcia nowej sceny?
Tak. Jesteśmy przede wszystkim teatrem rozrywki. A ponieważ budujemy nowy gmach, zaplanowaliśmy cały repertuar do końca 2028 r. i teraz planujemy to, co będzie się działo w największej dla realizacji musicali sali w Polsce. Właśnie wybieram się do Londynu, by o tym rozmawiać, ale też by testować najnowsze systemy nagłośnieniowe. Proszę się nie spodziewać, że ogłosimy cokolwiek przed zawarciem umów licencyjnych. Równolegle prowadzimy rozmowy z polskimi twórcami. Decyzja o pierwszym spektaklu jest bardzo trudna i będzie wydarzeniem, które… à propos… przejdzie do historii.
Gdy już będziemy mieli pewność otwarcia nowego teatru w zakładanym terminie na początku 2029 r., z pewnością ogłosimy przedsprzedaż na to wyczekiwane przez wszystkich Poznaniaków, Wielkopolan, ale także fanów musicalu z całej Polski wydarzenie.
Czytaj też: