Wersja kontrastowa

Karolina Nadolska. Z Poznania do Tokio

Karolina Nadolska, fot. Adrian Wykrota
Karolina Nadolska, fot. Adrian Wykrota

Z Karoliną Nadolską ze Studium Wychowania Fizycznego i Sportu UAM, rekordzistką Polski w biegu na 10 km, zakwalifikowaną na olimpiadę w Tokio, rozmawia Jagoda Haloszka.

Na początku chciałabym pogratulować pani wyniku w  Walencji. To już pani drugi rekord Polski na 10 km.

Zgadza się. To mój drugi rekord Polski na tym dystansie. Przed Walencją także należał do mnie, tylko różnił się o  jedną sekundę. W naszym teamie śmiejemy się, że wyliczony był z precyzją szwajcarskiego zegarka. Wcześniej wynosił 32:09, teraz 32:08. Od 2013 r., czyli w momencie ustanowienia tego pierwszego rekordu, kręciłam się wokół niego. Ostatnio ktoś nawet wyliczył, że moja średnia z 10 km to 32:27. Udowodniłam sobie, że mimo upływu lat cały czas potrafię szybko biegać.

 

Choć biegać możemy wszędzie, to z  pewnością do rozwoju dyscypliny przydają nam się nowe obiekty sportowe. W styczniu otworzyliśmy na uniwersytecie stadion z pełnowymiarowym boiskiem i bieżnią. Odkryjemy więcej talentów?

Teren, na którym znajduje się nasze Studium Wychowania Fizycznego i Sportu, jest rewelacyjny. Zawsze podkreślam, że bieganie jest fajne i proste, ponieważ możemy wyjść i zacząć swój trening. Oczywiście, trzeba najpierw się do tego specjalnie przygotować, najlepiej pod okiem profesjonalisty. Nie potrzebujemy jednak do biegania ani siłowni, ani basenu, za który musimy zapłacić. Natomiast takie obiekty na pewno są potrzebne, jeśli chcemy coś więcej niż tylko np. zrzucić wagę bądź traktować bieganie jako formę odstresowania się, czy dbania o zdrowie. Bardzo się cieszę, że stadion powstał na naszym uniwersytecie, ponieważ będziemy mogli rozwijać sekcję lekkoatletyczną. Mam nadzieję, że to właśnie tutaj będzie wylęgarnia talentów. Chcę zaprosić lokalną społeczność, zaangażować ją w bieganie i pokazać nie tylko dzieciom i młodzieży, ale także dorosłym, że warto się ruszać.

Karolina Nadolska, fot. Adrian Wykrota

 

Jak to było z pani kwalifikacją olimpijską?

Jako maratończycy już rok wcześniej mogliśmy uzyskiwać wyniki, które dają nam przepustkę na igrzyska olimpijskie do Tokio. W kwietniu ubiegłego roku w Hanowerze uzyskałam wynik 2:27:43, który był lepszy o prawie dwie minuty niż wymóg Światowej Federacji Lekkoatletycznej. Bardzo się cieszę, że mam kwalifikację i mogę ze spokojem przygotowywać się do igrzysk.

Czytaj także: Andrzej Witkowski. Szermierkomaniacy

Podczas tamtego maratonu pojawiły się również problemy regulaminowe, ponieważ do ostatniej chwili była Pani bez licencji wyczynowca, którą wykupił poprzedni klub, który także odebrał Pani stypendium. Czy odniosła Pani wrażenie, że przestano w Panią wierzyć?

Cztery lata temu, po urodzeniu mojej córki przechodziłam trudny okres w mojej karierze. Był to rok przedolimpijski i wydawało się, że powinnam sobie poradzić z tym minimum do Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro. Jako rodzina zrobiliśmy wszystko ku temu, aby tak było. Podporządkowaliśmy całe jej życie, jednak się nie udało. Mamy nieśpiące dziecko, które nie przesypia całej nocy i tak było od zawsze. Nie miałam regeneracji, która była mi niezbędna. To był moment, w którym sądzę, że środowisko lekkoatletyczne biegaczy pomyślało, że gdzieś ta „Karolina się skończyła i się nie pozbiera”.  
 

Ale nie została Pani sama, bowiem cały czas wspiera Panią rodzina.
Moim trenerem jest prywatnie mój mąż – Zdzisław Nadolski. Przyszedł mi wtedy z pomocą, bowiem sama zaczęłam wątpić w swoje siły. To był naprawdę ciężki rok, kiedy Igrzyska Olimpijskie uciekły mi koło nosa. My żyjemy w takich „czteroleciach” i Igrzyska są naszym jakby celem. Dzięki determinacji męża, który wziął na swoje barki dziecko i bardzo mnie odciąża, teraz sportowo jestem tam, gdzie jestem i zawsze powtarzam, że gdyby nie on nie byłoby mnie teraz i nie rozmawiałybyśmy o Tokio. Często mówi się tylko o sportowcach – „Karolina ma minimum, Karolina jedzie na Igrzyska”, ale musimy pamiętać, że trzeba pamiętać o trenerach, ponieważ oni robią bardzo solidną robotę, której nie widać, ponieważ to my, sportowcy jesteśmy na widoku. 

Czy dzisiejsza Karolina, która ma kwalifikację olimpijską, pamięta jeszcze 17-letnią Karolinę, która w trampkach zdobywała swoje pierwsze życiówki?
Zaczęłam dość późno uprawiać sport, bo faktycznie miałam wtedy 17 lat. Z perspektywy czasu uważam jednak, że choć nastąpiło to późno to tak długo moja kariera trwa. Jestem w sporcie zawodowym 13 lat i mogę śmiało powiedzieć, że jest to bardzo wysoki, europejski poziom. Oczywiście zdarzały się urazy i kontuzje, ale to jest wpisane w ryzyko branży, w której się znajdujemy, ale pamiętam pierwsze zawody w szkole średniej. Startowałam wtedy w trampkach i w szerokich dresach, który był zupełnie innym sprzętem niż dzisiaj. Sport zahartował i nauczył mnie radzić sobie w życiu, umieć stawiać sobie cele i radzić sobie z porażkami, które po prostu są. 

Co Karolina Nadolska robi w wolnym czasie?
Tego czasu jest naprawdę bardzo mało. Zawsze powtarzam to, że wyczynowy sportowiec jest 24 godziny na dobę w pracy. Oprócz tego, że wychodzimy na trening, to najważniejsza jest regeneracja. Mój dzień wygląda tak, że mam dwie jednostki treningowe – rano i popołudniu. Między jedną i drugą oczywiście musi być drzemka. Wieczorem najczęściej są to zabiegi odnowy biologicznej, masaż bądź sauna. Mam czteroletnie dziecko i to jest taka moja odskocznia, która pochłania mnie bardzo mocno energetycznie. Kiedyś było więcej tego czasu, a teraz jest trochę mniej, więc forma odreagowania ciężkiego treningu czy stresu to jest właśnie bycie z dzieckiem.
 

Życie Ogólnouniwersyteckie
Zobacz podobne

Ten serwis używa plików "cookies" zgodnie z polityką prywatności UAM.

Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza jej akceptację.