Konflikt z udziałem Iranu wykracza poza ramy regionalnego kryzysu i coraz wyraźniej wpisuje się w szerszą rywalizację geopolityczną, obejmującą także logistykę, bezpieczeństwo energetyczne i działania informacyjne. O jego konsekwencjach dla układu sił na świecie z prof. Przemysławem Osiewiczem rozmawia Magda Ziółek.
W ostatnich tygodniach wojna w Iranie przyciągnęła uwagę świata. Czy mamy do czynienia z kolejną odsłoną regionalnego kryzysu, czy raczej z wydarzeniem, które może wpłynąć na globalną równowagę sił?
Na pewno wojna w Iranie wpisuje się w niechlubną serię konfliktów na Bliskim Wschodzie.
Jednak w odróżnieniu od bardziej ograniczonych konfliktów, nawet w porównaniu z ubiegłoroczną „wojną dwunastodniową”, implikacje tej wojny mogą mieć zasięg globalny. Nie chodzi tu wyłącznie o kwestie energetyczne i – miejmy nadzieję, przejściowe – problemy z dostawami. Większe znaczenie niż ropa może mieć przy tym gaz ziemny, szczególnie w kontekście Azji.
Istotny jest też wątek, na który już blisko 30 lat temu zwracał uwagę Zbigniew Brzeziński – uderzenie w oś Moskwa – Pekin – Teheran. Trzy dekady temu niewiele osób postrzegało Rosję czy Chiny jako realnych rywali geopolitycznych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie dominowało przekonanie, że państwa te mają znacznie mniejszy potencjał i będą musiały dostosować się do reguł wyznaczanych przez Amerykanów. Po około dwóch dekadach okazało się jednak, że strategia pokojowego współistnienia, współpracy i włączania tych państw do międzynarodowych instytucji nie przyniosła oczekiwanych efektów. Iran wpisał się w to nowe rozdanie – częściowo z przymusu – zbliżając się zarówno do Pekinu, jak i Moskwy.
Moim zdaniem Iran nie stanowił i nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa międzynarodowego – w tym sensie, że nie jest to państwo, które planowało agresję. Gdyby nie obecna wojna, prawdopodobnie nie zdecydowałoby się na atak. Jednocześnie przyjęto tam strategię opartą na rozwoju arsenału rakietowego oraz programu nuklearnego, formalnie o charakterze pokojowym, choć jego potencjalny komponent wojskowy pozostaje przedmiotem spekulacji. Miało to pełnić funkcję odstraszającą i zapobiec scenariuszowi, z którym mamy dziś do czynienia.
To, jak sytuacja się rozwinie, pozostaje otwarte. W mojej ocenie jest to jednak początek szerszej gry i pogłębiającej się rywalizacji w Eurazji.
Na początku konfliktu pojawiały się nagłówki sugerujące widmo III wojny światowej czy powrót do realiów sprzed wybuchu wielkich wojen. Na ile takie obawy są uzasadnione?
Mam nadzieję, że te obawy są przesadzone i że nie grozi nam żadna III wojna światowa. Warto jednak zauważyć, że o ile w pierwszych dwóch tygodniach konfliktu wiele osób narzekało na bezczynność Moskwy czy Pekinu, o tyle obecnie pojawiają się informacje wskazujące coś innego. Być może nie ma bezpośredniego zaangażowania, ale widać współpracę wywiadowczą, a także wsparcie w zakresie dostaw uzbrojenia i amunicji. To zdecydowanie nie jest dobry scenariusz.
Wspomniał pan o osi Moskwa – Pekin – Teheran. Jaką rolę odgrywa dziś Bliski Wschód w globalnej rywalizacji mocarstw?
Oczywiście wciąż najczęściej wskazuje się znaczenie energetyczne regionu, czyli surowce. To jednak dość schematyczne ujęcie, do którego wszyscy się przyzwyczaili – Bliski Wschód jako synonim zasobów naturalnych. Tymczasem jego rola wyraźnie się zmienia. Owszem, około 20% dostaw surowców z regionu przechodzi przez Cieśninę Ormuz, a w przypadku Europy udział ten jest jeszcze większy, ale nie jest to – w mojej ocenie – najważniejszy atut regionu.
Znaczenie Bliskiego Wschodu wykracza poza bezpieczeństwo energetyczne i coraz silniej wiąże się z logistyką i globalnymi przepływami towarów. Kluczowa jest tu geografia, którą Chińczycy bardzo trafnie odczytali w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku. W praktyce nie ma realnej alternatywy dla lądowego korytarza transportowego przebiegającego przez terytorium Iranu, nie licząc naturalnie Rosji. W przeciwnym razie pozostają wyłącznie szlaki morskie, a te – jak widzimy – są szczególnie podatne na zakłócenia i blokady.
Mówimy tu nie tylko o Cieśninie Ormuz, ale także o Cieśninie Bab al-Mandab, czyli wejściu do Morza Czerwonego, czy o Cieśninie Malakka w Azji Południowo-Wschodniej. To wąskie gardła globalnego handlu, które stosunkowo łatwo zablokować. W obecnej sytuacji Iran może wpływać na przepływ przez Cieśninę Ormuz, natomiast Stany Zjednoczone – przynajmniej teoretycznie – byłyby w stanie zablokować Cieśninę Malakka, co praktycznie zatrzymałoby handel między Azją Wschodnią a Europą.
Dlatego właśnie zaczęto rozwijać alternatywne, lądowe szlaki transportowe – m.in. w ramach chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku. To, co dzieje się dziś w Iranie, jest poważnym wyzwaniem dla tego projektu, a jednocześnie wzmacnia pozycję Stanów Zjednoczonych i szeroko rozumianego Zachodu w rywalizacji gospodarczej z Chinami.
Coraz mniej osób ma dziś złudzenia, że chodzi wyłącznie o Iran. Z perspektywy Izraela osłabienie tego państwa ma swoje uzasadnienie strategiczne. Natomiast w przypadku Stanów Zjednoczonych motywacje są głębsze i wykraczają poza kwestie programu nuklearnego czy charakteru reżimu. Zresztą sam Donald Trump przyznał, że zmiana reżimu nie była celem, a każdy partner gotowy do rozmów byłby akceptowalny. Problem polega na tym, że – jak zauważył – osoby, które mogłyby odegrać taką rolę, zginęły już na początku działań wojennych. To tylko potęguje chaos i wrażenie braku spójnej strategii.
W szerszym ujęciu mamy do czynienia z elementem większej gry – strategii kontynentalnej, w której wyzwanie rzucane jest przede wszystkim Chinom, a w mniejszym stopniu Rosji.
A jaką rolę w tej „grze” odegrają Europa i Polska?
Pierwsze tygodnie pokazują ostrożne wsparcie dla Stanów Zjednoczonych, ale też wyraźny sceptycyzm co do sensu tej wojny. Z polskiej perspektywy konflikt ten nie przynosi żadnych korzyści. Iran nigdy nie stanowił dla Polski bezpośredniego zagrożenia, a relacje – mimo różnych napięć – można uznać za co najmniej poprawne.
Jednocześnie Polska znajduje się w trudnym położeniu. Z jednej strony widzimy argumenty przeciwko tej wojnie, z drugiej – nie możemy sobie pozwolić na otwartą antyamerykańską narrację. Stany Zjednoczone pozostają kluczowe dla bezpieczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej. W przeciwieństwie do takich państw jak Hiszpania, które – ze względu na swoje położenie – mogą pozwolić sobie na większą swobodę w krytyce Waszyngtonu, Polska musi prowadzić politykę bardziej wyważoną.
Z europejskiego punktu widzenia konflikt ten przynosi więcej strat niż korzyści. Warto przypomnieć decyzję Donalda Trumpa z 2018 r. o przywróceniu i rozszerzeniu sankcji wobec Iranu – wbrew stanowisku wielu państw europejskich, zwłaszcza Francji i Niemiec. W efekcie europejskie firmy zostały zmuszone do wycofania się z wielomiliardowych inwestycji.
Straty ponieśli nie tylko Irańczycy, ale również europejskie koncerny. Dodatkowo wiele wskazuje na to, że w późniejszych negocjacjach pojawiły się propozycje kontraktów dla firm amerykańskich – często w tych samych sektorach, w których wcześniej działały przedsiębiorstwa europejskie, takie jak Daimler czy Total Energies. Trudno uznać to za przypadek – raczej za element konsekwentnie realizowanej strategii gospodarczej.
Mówił pan o szerszej grze i rywalizacji między mocarstwami. W tym kontekście często pojawia się pojęcie wojen zastępczych i działań poniżej progu otwartego konfliktu. Czy taki model staje się dziś dominujący?
Na świecie jest wiele takich punktów zapalnych. Często porównuje się tę wojnę do wojny w Ukrainie i podkreśla, że nawet państwo o wiele silniejsze – jak Rosja – nie jest w stanie jej rozstrzygnąć na swoją korzyść. W tym sensie sytuacja jest podobna: także Stany Zjednoczone nie są w stanie szybko zakończyć konfliktu w Iranie.
Iran przez lata prowadził świadomą strategię polegającą na wspieraniu aktorów niepaństwowych – takich jak Hezbollah, Hamas, Huti w Jemenie czy milicje syryjskie i irackie. Pozwalało to wywierać presję, zwłaszcza na Izrael, bez bezpośredniego narażania własnego terytorium na odwet. Te organizacje brały na siebie uderzenia, a ta strategia przez długi czas była skuteczna – właściwie do 2024 r. Dziś jednak te możliwości są wyraźnie ograniczone.
Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić – i mam nadzieję, że nikt poważnie tego nie zakłada – otwartą, bezpośrednią wojnę między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz konfliktów pośrednich, czyli uderzania w państwa powiązane z drugą stroną.
Jeśli spojrzymy na takie państwa, jak Wenezuela, Iran czy Kuba, to są one istotne nie tyle ze względu na położenie geograficzne, ile na znaczenie polityczne w szerszej, antyamerykańskiej konfiguracji. Uderzenia w nie pośrednio godzą w interesy Rosji czy Chin, ale nie prowadzą do bezpośredniej konfrontacji mocarstw. To w gruncie rzeczy powrót do logiki znanej z czasów zimnej wojny. Wtedy również oba supermocarstwa robiły wszystko, by uniknąć bezpośredniego starcia, ale prowadziły konflikty zastępcze w innych regionach – w Afryce, Azji czy Ameryce Łacińskiej – często bardzo krwawe.
Można więc odnieść wrażenie, że jesteśmy u progu nowej serii takich konfliktów. I to nie napawa optymizmem.
Wspomniał pan o roli informacji i niepewności. W ostatnich latach coraz częściej mówi się o dezinformacji i działaniach w cyberprzestrzeni. Na ile współczesne konflikty rozgrywają się dziś również w tej sferze?
Bez wątpienia ta wojna jest bardzo dobrym przykładem wykorzystania nowoczesnych technologii, ale też mediów społecznościowych, do budowania i narzucania własnej narracji. To jeden aspekt.
Drugi to ograniczanie dostępu do informacji oraz celowa dezinformacja. Można się spodziewać wielu publikacji naukowych poświęconych zwłaszcza wykorzystaniu sztucznej inteligencji w tym obszarze. Najprostsze przykłady to generowane materiały wideo przedstawiające rzekome ataki – np. spektakularne „płonące” obrazy Tel Awiwu czy innych izraelskich miast. Często są one na tyle przerysowane, że nawet osoby bez większego doświadczenia są w stanie dostrzec, że nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością.
Z drugiej strony mamy przekazy znacznie subtelniejsze – dotyczące choćby tego, kto żyje, a kto nie. To również element świadomej strategii informacyjnej. Dobrym przykładem jest sytuacja najwyższego przywódcy Iranu, Modżtaby Chameneiego. Do dziś – przynajmniej na moment naszej rozmowy – nie ma jednoznacznych informacji o jego stanie zdrowia, pojawiały się nawet spekulacje, że mógł przebywać w Rosji.
Pytanie, kto i w jakim celu podsyca taką niepewność. W mojej ocenie leży to przede wszystkim w interesie samych Irańczyków. W sytuacji, gdy aparat bezpieczeństwa nie był w stanie zapewnić ochrony kluczowym osobom w państwie, a wiele z nich zginęło, naturalne jest ukrywanie przywódcy. To ogranicza ryzyko i daje większą kontrolę nad sytuacją.
Jednocześnie brak jasnych informacji działa destabilizująco – rodzi panikę, niepewność i podważa zaufanie do instytucji państwa. Można przypuszczać – choć to oczywiście tylko spekulacja – że przywódca żyje, ale przebywa poza Teheranem ze względów bezpieczeństwa.
Co istotne, wiele wskazuje na to, że służby wywiadowcze, zarówno izraelskie, jak i amerykańskie, dysponują dokładnymi informacjami na ten temat, ale nie ujawniają ich. Taka niejednoznaczność może być dla nich korzystna – z jednej strony zmniejsza presję polityczną, z drugiej wzmacnia efekt dezinformacji i niepewności wewnątrz Iranu. W efekcie mamy do czynienia z klasyczną operacją informacyjną: utrzymywaniem sytuacji, w której „wszystko jest możliwe”, a brak pewnych danych sam w sobie staje się narzędziem wpływu – zarówno na społeczeństwo irańskie, jak i na odbiorców zewnętrznych.
Patrząc na obecne napięcia i dynamikę konfliktów regionalnych – jaki scenariusz dla sytuacji na Bliskim Wschodzie w najbliższych latach uważa pan za najbardziej prawdopodobny?
Trochę występuję tu w roli Kasandry, bo obawiam się, że scenariusz optymistyczny jest mało realny. Oczywiście chciałbym wierzyć w pokój, ale moje nadzieje są dziś – mam wrażenie – jeszcze mniejsze niż w latach 90. ubiegłego wieku czy na początku obecnego.
Moim zdaniem będziemy mieli do czynienia z długotrwałą, mniej lub bardziej intensywną rywalizacją. To się nie skończy w tym roku i nie będzie scenariusza, w którym – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – znika przeciwnik Izraela i Stanów Zjednoczonych, czyli Iran. Raczej należy się spodziewać konfliktu rozciągniętego w czasie – trwającego miesiącami, a może i dłużej, choć nie na poziomie pełnoskalowych bombardowań. Żadna ze stron nie jest na to przygotowana. Bardziej prawdopodobne są działania o charakterze nękającym: nieregularne ataki, wysyłanie dronów co kilka dni, podtrzymywanie poczucia zagrożenia. To nie jest chaos, tylko przemyślana strategia oddziaływania na inne społeczeństwa.
Nawet przy niskim poziomie realnego zagrożenia sama świadomość, że trzeba co chwilę przerywać pracę czy w nocy schodzić do schronu, działa na ludzi. To rodzi zmęczenie i w pewnym momencie przekłada się na presję wobec rządzących: „skończcie to, mamy dość”.
Widać to już w reakcjach części państw arabskich Zatoki Perskiej. Coraz częściej pretensje kierowane są nie do Iranu, lecz do Izraela i Stanów Zjednoczonych. Państwa takie jak Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Arabia Saudyjska od początku starały się zapobiec tej wojnie, a dziś ponoszą jej konsekwencje, choć nie były jej inicjatorami.
Paradoksalnie w dłuższej perspektywie nie wykluczałbym nawet pewnego zbliżenia Iranu z częścią państw arabskich. Dziś wydaje się to trudne do wyobrażenia, ale historia regionu pokazuje, że po jeszcze głębszych konfliktach dochodziło do pragmatycznych porozumień.
Nie wierzę natomiast w scenariusz zmiany reżimu w Iranie. To jest systemowo mało realne – nie ma zorganizowanej opozycji zdolnej przejąć władzę, a próby narzucenia jej z zewnątrz kończą się źle. To nie jest Irak. Mamy tu inną tożsamość społeczną i znacznie silniejsze związki z państwem. Co więcej, presja zewnętrzna może prowadzić do odwrotnego efektu – radykalizacji społeczeństwa i konsolidacji wokół elit rządzących.
Dla wielu Irańczyków obecne wydarzenia mogą być potwierdzeniem narracji, w której byli wychowywani – że zagrożenie ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych jest realne. To może brzmieć nieracjonalnie z naszej perspektywy, ale lokalnie działa bardzo silnie.
Szerzej patrząc, mamy do czynienia ze zmianą reguł gry. Coraz częściej mówi się wprost, że nie ma już czegoś takiego jak „wojna usprawiedliwiona” – liczy się interes. To są nowe realia i trzeba się do nich przyzwyczaić. Widać to również w relacjach sojuszniczych. Państwa takie jak Polska czy nawet Niemcy coraz częściej funkcjonują nie jako równorzędni partnerzy, ale jako uczestnicy podporządkowani szerszej strategii. To zmiana w porównaniu z okresem po zimnej wojnie, kiedy relacje były bardziej partnerskie.
Na to nakłada się jeszcze kontekst wojny w Ukrainie i powiązanych z nią interesów. Pojawiają się głosy o wykorzystaniu doświadczeń ukraińskich, np. w zakresie wojny dronowej, ale jednocześnie Rosja może na tej sytuacji korzystać – choćby w kontekście rynku surowców.
Trudno jednoznacznie powiedzieć, na ile są to efekty uboczne, a na ile element szerszej strategii. Jednakże wszystkie te elementy składają się na niepokojącą całość.
zob. też Prof. UAM Jarosław Jańczak. ValEUs: gdzie kończy się Europa?