Prof. Waldemar Kuligowski. Poszerzanie pola wolności

fot. Adrian Wykrota
fot. Adrian Wykrota

Z prof. Waldemarem Kuligowskim, z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej rozmawia Ewa Konarzewska-Michalak.

Przeczytałam w Wikipedii, że jest pan “w środowisku akademickim znany z nietypowych, często kontrowersyjnych poglądów”. Płynie pan pod prąd?

 

Kiedyś bardzo mi się to podobało i było moją dewizą. Ale dzisiaj? – prądów i przeciwprądów jest bardzo dużo. Sama etnologia jest z definicji dyscypliną trochę kontrowersyjną, bo pyta o to, co na pozór wydaje się zwyczajne, zagląda pod podszewkę zdarzeń, pokazując gigantyczne pokłady niewiedzy na temat naszej kultury. Nie wiemy np. skąd się wzięły czerwone podwiązki, które noszą maturzystki. Proste pytanie, a nie potrafimy na nie odpowiedzieć.

 

W tym roku ta „trochę kontrowersyjna” etnologia zniknęła z listy dyscyplin naukowych. Na konferencji otwierającej obchody 100-lecia etnologii na UAM padły słowa: “przeżyliśmy Stalina, przeżyjemy i Gowina”. Jest aż tak źle?

 

Kiedy rok temu zabieraliśmy się za organizację jubileuszu myśleliśmy, że to będzie wielkie święto. Potem weszła reforma, która nas zmroziła. Mówi się, że została oparta na standardach OECD, ale tak nie jest, bo tam funkcjonujemy jako osobna, autonomiczna dyscyplina. Mocą nowej reformy zostaliśmy wchłonięci do nowotworu pod nazwą nauki o kulturze i religii (nokir). Najbardziej ubodła nas bezsilność. Wskazywaliśmy istotność naszej dyscypliny, wielokrotnie prosząc o spotkania z ministrem. Z całego świata przysyłano wyrazy poparcia i pytania o powody marginalizacji naszej dyscypliny. Wszystko pozostało bez odpowiedzi. Mówi się, że konstytucja dla nauki była przeprowadzona zgodnie z regułami konsultacji społecznych. Otóż nie była.

Martwi nas zniknięcie nazwy. Utrudni nam to kontakty międzynarodowe. Jak wytłumaczyć naszym partnerom, że dotąd byliśmy etnologią i antropologią kulturową, a teraz naukami o kulturze i religii? Nie wiem też, czy zdecydowałbym się na podjęcie studiów w ramach dyscypliny, która trochę jest, a trochę jednak jej nie ma.

 

Minister tłumaczył, że dyscyplin w Polsce jest zbyt wiele. Tymczasem sam stworzył kolejną, której nie ma nigdzie indziej na świecie. Dlaczego?

 

Jednym z argumentów, którym posługuje się minister było utworzenie jednolitych i porównywalnych dyscyplin. Już teraz wiemy, że to iluzja. Zupełnie inaczej nokir wygląda w Poznaniu, gdzie jest na razie konfederacją kulturoznawstwa, antropologii, części teatroznawstwa i innych „wolnych elektronów”. Na UW dyscyplina została zdominowana przez orientalistów. To nie są jednolite grupy badaczy. Wydaje mi się, że będzie to skutkować bałaganem, nieporównywalnością, a co za tym idzie utratą czegoś niezwykle ważnego - autorytetu. Wizerunkowo to jest fatalna sprawa. Może to zabrzmi megalomańsko, ale wiele osób mówi nam, że etnologia i antropologia w Poznaniu jest najlepsza, i to począwszy od lat 90. Postrzegana jako progresywna i dobrze rozpoznawana na świecie, nie uchroniła się przed walcem reformy. Dlatego, mimo, że jubileuszowi towarzyszyło wiele pozytywnych emocji, to czuliśmy, że kończy się pewna epoka i znów trzeba będzie dyscyplinę odbudowywać.

 

Czytaj też: Czy to koniec etnologii?

 

No właśnie, to nie pierwszy raz, kiedy etnologia walczy o swoja nazwę i pozycję. Nasuwa się analogia do czasów realnego socjalizmu.

 

Ówczesna marginalizacja była efektem przeszczepiania sowieckiej struktury akademickiej. Uznano, że etnologia winna być nauką pomocniczą historii pokazującą, jak na lepsze zmienia się życie mas robotniczo-chłopskich i zajmować się kulturą materialną, stąd na kilka lat etnologia - a właściwie etnografia - zniknęła, zastąpiona przez Zakłady Historii Kultury Materialnej. Udało się ją jednak uratować, bo dość szybko okazało się, że potencjał etnologii rozsadza wąskie ramy, w jakie została wciśnięta. Całe lata 60. i 70. trwała budowa autorytetu dyscypliny, potem nastąpiła jej pozytywna eksplozja, aż na początku lat 90. poważnie mówiło się o antropologizacji humanistyki w ogóle. Minęły dwie dekady i okazało się, że w nowym układzie politycznym jesteśmy znowu niewygodni.

 

W reakcji na milczący protest etnologów w styczniu w Poznaniu minister zaprosił studentów na spotkanie w Warszawie. Doszło do niego?

 

Niestety, ponownie nie było żadnego dialogu. Ale ma to też pozytywny skutek. Poznańscy studenci zmobilizowali koleżanki i kolegów z całego kraju, z którymi rozmawiają o różnych formach protestu. Chcą w sieci promować etnologię jako naukę, która pomogła zdefiniować polską kulturę. Od początku zresztą powtarzałem, że nasz protest może się udać tylko wtedy, kiedy oprócz wąskiej grupy naukowców podpiszą się pod nim studenci, a najlepiej absolwenci, których są w kraju tysiące. To się teraz dzieje, pytanie, jaki będzie miało skutek? Proszę sobie przypomnieć, jakie podniosło się larum, gdy minister zapowiedział likwidację astronomii. To gra w ekonomię prestiżu, bo astronomia wielu osobom z czymś się kojarzy. My takiego prestiżu nie mamy, ale myślę, że poprzez długofalowe akcje – swoistą pracę u podstaw będącą elementem wielkopolskiego etosu – to się może zmienić.  

 

Mówi pan o studentach, a jaką taktykę przyjęli pracownicy naukowi?

 

Nie wiem, czy mogę mówić za wszystkich. Będziemy pracowali jak dotąd, jakby nic się nie wydarzyło, tak długo, jak to będzie możliwe. Pewnie pojawią się wyzwania organizacyjno-biurokratyczne. Trochę wkraczamy w nieznane, bo nowy wydział będzie w trzech miejscach, trudno wyznaczyć jego centrum. Na razie na spotkaniach nieformalnych uznaliśmy, że będziemy się spotykać rotacyjnie na WNS, Morasku i Fredry. Ciągle zakładam, że to stan przejściowy, bo to jest bardzo złe rozwiązanie, ono nie może długo trwać. Ktoś je będzie musiał wreszcie odwrócić. Mam nadzieję, że inni też tak myślą. Nie poddajemy się, nie mówimy, że skoro nie ma dyscypliny w ramach nowej reformy, to się rozwiązujemy.

 

Międzynarodowa Unia Nauk Antropologicznych i Etnologicznych oraz Światowa Unia Antropologiczna zdecydowały się zorganizować na uniwersytecie w Poznaniu światowy kongres. To wielkie wyróżnienie. O czym będzie mowa na kongresie?

 

Kongres jest częścią obchodów naszego 100-lecia. Pomyśleliśmy, że taki wspaniały jubileusz wymaga niezwykłej oprawy. Pod koniec sierpnia spodziewamy się tysiąca gości z wszystkich kontynentów. Wydarzenie odbywa się pod znamiennym tytułem “Światowe Solidarności”. To nawiązanie do związku zawodowego, ale też do postawy, która naszym zdaniem mogłaby być świetną polską wizytówką. Mamy mnóstwo zgłoszeń, będą dziesiątki paneli, filmy. To, że wydarzenie tego kalibru po raz pierwszy odbywa się tej części Europy świadczy o sile naszego środowiska. Władze organizacji zdecydowały się zaufać dwudziestokilkuosobowej ekipie z Poznania.

 

Właśnie został pan nowym przewodniczącym Kapituły Nagrody Artystycznej Miasta Poznania. Jakimi wartościami będzie się pan kierował na tym stanowisku?

 

To zupełnie nowe wyzwanie. W kapitule są znakomite nazwiska – Duczmal, Raczak – i byłem pewny, że ktoś z nich obejmie to stanowisko. Wybór członków Kapituły był jednak inny. Plan mam taki, by nagradzać twórców odważnych - w sztuce chodzi o to, żeby próbować na nowo opowiadać, co się z nami dzieje. Zakładam, że to będzie świetne doświadczenie i że uda się pomóc komuś, kto za lat kilka przyniesie splendor nie tylko Poznaniowi i Wielkopolsce, ale sztuce jako takiej. Ostatni tumult związany z wycofywaniem prac z warszawskiego Muzeum Narodowego pokazuje, że jest czego bronić. Dla osoby takiej jak ja, która lubi wyzwania - tym lepiej. Być może uda się przestrzeń wolności w ogóle, nie tylko artystycznej, poszerzyć.

 

 

W jaki sposób warsztat antropologa, badacza, który zadaje niewygodne pytania pomaga w pracy redaktora naczelnego kwartalnika “Czas Kultury”?

 

Praca redaktora naczelnego to z jednej strony codzienna lektura nadsyłanych tekstów, o tyle ciekawa i wymagająca, że publikujemy artykuły stricte akademickie, ale także prozę, poezję, felietony, eseje, wywiady. Konieczną umiejętnością jest w takiej sytuacji dyplomatyczna odmowa druku.... Poza tym idzie o wytyczanie nowych ścieżek i tematów kolejnych wydań, bo chcemy być i coraz lepsi, i stale otwarci na nowe idee. Z drugiej strony, jako redakcja animujemy wiele działań społecznych. Stąd nasz udział w "garażówkach" na rzecz uchodźców, stąd nowa akcja, czyli "współczytnik" organizowany wspólnie z Galerią Miejską Arsenał. Polega on na tym, że zapraszamy do wspólnego, głośnego czytania tekstów na konkretny temat - kapitalizm, miłość, futbol - i swobodnym dyskutowaniu o nich. Jakże mile byłem zaskoczony, gdy 14 lutego na walentynkowym współczytniku pojawiło się kilkadziesiąt osób, z którymi przez ponad dwie godziny dyskutowaliśmy o różnych formach zakochań i lojalności. Zakładam, że bez antropologicznego horyzontu i swobody poruszanie się po tak wielu polach byłoby znacznie trudniejsze.

 

Słyszałam, że jest pan człowiekiem renesansu, nie tylko naukowcem i publicystą, ale również podróżnikiem, poetą, muzykiem. Skąd tyle zainteresowań? Czy nadal kontynuuje pan wszystkie te aktywności? A może pojawiły się nowe?

 

Jestem zachłanny na rzeczywistość. Uwielbiam nowe miejsca, pejzaże i smaki, stąd zamiłowanie do podróży. Jednocześnie lubię powroty do pewnych emocji i osób, dlatego uczestniczę w kolejnych edycjach festiwali muzycznych. Badacze mówią cierpko o retromanii i chęci przeżycia raz jeszcze tego samego - co jest rzecz jasna iluzją - ale w niepoprawny sposób poddaję się atmosferze Ethno Port Poznań, Rocku na Bagnie czy festiwali w Jarocinie (choć tu ostatnio z pewnym wahaniem). Staram się o swoich podróżach i badaniach opowiadać w atrakcyjny sposób, wciąż na nowo, sięgam więc po formy, takie jak esej, reportaż czy felieton. Na pewno należę do galaktyki Gutenberga, ale mam na swoim koncie także filmy dokumentalne i cykle fotografii. Ostatnio chodzi mi po głowie performatywna forma wykładu, w ramach której poważne treści - na przykład filozoficzne podstawy strukturalizmu czy nowego animizmu - możnaby przekazywać z towarzyszeniem muzyki. Albo odtwarzanej albo, jeszcze lepiej!, granej na żywo. Nad wszystkim unosi się wszelako dotkliwe widmo - braku czasu.

 

Instytut Etnologii UAM przygotował ciekawy program 100. jubileuszu poznańskiej etnologii. Powagę umiejętnie połączono z zabawą. W kwietniu odbyła się m.in. ogólnopolska konferencja naukowa, 5. edycja zjazdu absolwentek i absolwentów, debata wokół książki prof. Michała Buchowskiego (“Czyściec. Antropologia neoliberalnego kapitalizmu”) oraz projekcje filmów z archiwum Instytutu. Jubileuszowy tydzień otworzył występ zespołu Szamotulanie, a zamknął koncert Kapeli ze Wsi Warszawa, najbardziej znanego polskiego zespołu folkowego na świecie. Jubileusz we wrześniu zakończy ogólnopolska konferencja Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego.

Rozmowy Wydział Historii