Prof. Kóčka-Krenz. Archeologia jest moją pasją 

Z prof. Hanną Kóčką-Krenz, wybitną poznańską archeolożką, rozmawiamy o domu rodzinnym, przekazywanych z pokolenia na pokolenie naukowych pasjach – zwłaszcza archeologii – a także o przekonaniu, że w życiu wszystko ma swój cel. 

 

Niedawno w Collegium Historicum prezentowana była wystawa poświęcona pamięci prof. Wojciecha Kóčki – wybitnego antropologa i archeologa, współtwórcy ekspedycji biskupińskiej, a prywatnie pani ojca. Jak to jest dorastać w takim domu?  

Mam głębokie przeświadczenie, że wartości, które przekazują nam rodzice, mają ogromne znaczenie dla naszych późniejszych wyborów. Miałam to szczęście, że mój ojciec był archeologiem, dlatego w naturalny sposób podążyłam drogą, którą on wcześniej wybrał. 

Ojciec prowadził badania w wielu miejscach, m.in. na Ostrowie Tumskim w Poznaniu oraz we Wrocławiu. Szczególne znaczenie miały jednak jego prace nad osadą biskupińską, realizowane wspólnie z prof. Józefem Kostrzewskim. To właśnie one zapisały się trwale w historii archeologii, zwłaszcza dzięki znakomitej dokumentacji fotograficznej, w tym lotniczym zdjęciom grodu wykonywanym z balonu na uwięzi. Fotografia była jego wielką pasją, dlatego z czasem coraz częściej zajmował się samodzielnie zarówno badaniami, jak i ich dokumentowaniem. 

Od dzieciństwa miałam więc stały kontakt z archeologią. Zazwyczaj w czasie wakacji ojciec wizytował stanowiska archeologiczne w Wielkopolsce i na Pomorzu, które – z racji pełnionych funkcji – nadzorował. Wyglądało to tak, że zabierał rodzinę nad morze, a po drodze odwiedzał wszystkie stanowiska, które nie tyle kontrolował, ile obejmował opieką merytoryczną. Mam z tego okresu bardzo wyraźne wspomnienia związane z wykopaliskami w różnych newralgicznych miejscach państwa piastowskiego. 

Doskonale pamiętam na przykład powojenne wykopy na Ostrowie Tumskim w Poznaniu, na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu, w Szczecinie – na Rynku Warzywnym, w okolicach zamku. Do tego dochodziły stanowiska, na których badania prowadzili pracownicy ówczesnej katedry archeologii. 

Nie mogło być więc inaczej. Jako jedyna córka – bo mam trzech braci – ta, która zawsze towarzyszyła ojcu, musiałam pójść w jego ślady. Archeologia jest moją pasją, proszę pani. 

 

W jednym z wywiadów wspomniała pani jednak, że prof. Kóčka nie był zadowolony, kiedy zdecydowała się pani studiować archeologię.  

 

Mój ojciec należał do generacji przedwojennych uczonych, którzy uważali, że archeologia to zawód dla mężczyzn. I rzeczywiście w jego czasach te studia wybierały nieliczne kobiety. Później, kiedy kierunek ten funkcjonował jako studia z historii kultury materialnej i łączył archeologię z etnografią oraz historią sztuki, kobiet było już więcej – choć i tak dominowali panowie. Na moim roku, z tego co pamiętam, na sześciu studentów przypadały cztery studentki, więc te proporcje były już bardziej wyrównane. 

Ale wracając do mojego ojca – takie były wówczas przekonania, że to zawód trudny, wymagający dobrej kondycji fizycznej. Badania prowadzi się przecież w bardzo różnych warunkach: w deszczu, upale, a czasem nawet w śniegu. Niekiedy trzeba też stanąć do łopaty, którą – na marginesie mówiąc – jako silna kobieta bardzo lubiłam i nieraz z przyjemnością zabierałam się do kopania. Do tego archeolog często pracuje poza domem, co dla kobiety również bywa kłopotliwe. 

W związku z tym zaraz po maturze, kiedy okazało się, że tego roku nie będzie naboru na archeologię, wybrałam historię sztuki. I nie żałowałam tego ani przez chwilę, bo w moich późniejszych badaniach ta wiedza bardzo mi się przydała. Mam takie przekonanie, że wszystko w życiu wydarza się z jakiegoś powodu. A mnie od zawsze pociągało średniowiecze. 

Pracę magisterską poświęciłam kabłączkom skroniowym – wczesnośredniowiecznym ozdobom kobiecych skroni – opracowując je zarówno pod kątem wartości artystycznej, jak i znaczenia: komu przysługiwały, gdzie były noszone i co symbolizowały. 

Doktorat natomiast chciałam napisałam na temat prac zdobniczych na podstawie złotnictwa skandynawskiego. Mój promotor, prof. Jan Żak, bardzo interesował się wczesnośredniowieczną Skandynawią, był autorem wielu prac na ten temat i miał nawet zamysł stworzenia na naszym uniwersytecie odrębnej specjalności. Tak się jednak nie stało, w związku z czym musiałam zmienić kierunek swoich zainteresowań i zajęłam się biżuterią zachodniosłowiańską. 

Widzi pani, takie są różne zakręty losu. Interesowało mnie złotnictwo i być może właśnie dzięki temu udało mi się odkryć pracownię złotniczą na poznańskim grodzie. Wszystko ma swoje dziwne, nieprzewidywalne konsekwencje. 

 

A pamięta pani ten dzień, kiedy odkryła palatium Mieszka I? 

 

Proszę pani, doskonale pamiętam! Przygotowując się do badań na Ostrowie Tumskim, znałam bardzo dobrze źródła pisane. Byłam zresztą w wymarzonej sytuacji, ponieważ prace badawcze w tym miejscu były prowadzone już wcześniej. Znałam zasięg grodu, jego umocnienia, wiedziałam, że był wieloczęściowy, a jego główny trzon stanowiła katedra. Natomiast nie wiedziałam, jakie były funkcje poszczególnych części grodu.  

W źródłach zachował się późnośredniowieczny zapis informujący o wydarzeniu, które się działo „In castro Ostrov prope, ubi nunc est Pozenania”, czyli na grodzie Ostrów, przy którym dzisiaj jest Poznań. Ponieważ „ostrów” w ówczesnych czasach kojarzył się głównie z Ostrowem Lednickim, sądzono, że ta wzmianka dotyczy palatium na Ostrowie Lednickim. Co było o tyle usprawiedliwione, że relikty tego palatium zachowały się na wyspie do naszych czasów. 

Ja jednak byłam głęboko przekonana, że zapis ten dotyczy poznańskiego Ostrowa Tumskiego, który dziś jest bardzo dobrze skomunikowany z otoczeniem, ale w czasach Mieszka I był piaszczystą łachą w rozlewiskach Warty, czyli po prostu ostrowem – wyspą.  

 

To było tylko przeczucie czy coś więcej?  

 

Można powiedzieć, że było to przeczucie poparte wiedzą historyczną. Choćby fakt, że w tym miejscu, vis-à-vis wejścia do katedry, znajduje się piękny gotycki kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. A właśnie takie maryjne wezwania nosiły w tamtym czasie kaplice pałacowe – miejsca kultu bezpośrednio związane z książęcym dworem i towarzyszące budynkom świeckim, czyli pałacom książęcym właśnie. 

Zachowany do dziś kościół pod tym wezwaniem wydawał się więc następcą, w nowej formie architektonicznej, wcześniejszej kaplicy pałacowej. W średniowieczu była to praktyka dość częsta: budynki kościelne przebudowywano i dostosowywano do nowych stylów architektonicznych, nie przywiązując większej wagi do ich wartości historycznej. 

I to się potwierdziło. W trakcie wykopalisk udało nam się ustalić, że dzisiejsza południowa ściana kościoła NMP spoczywa częściowo na reliktach północnej ściany kaplicy pałacowej. Budowniczowie gotyckiego kościoła wykorzystali fundamenty ze starego założenia pałacowego. Śmieję się, że poznaniacy zawsze byli oszczędni, w średniowieczu również.  

W trakcie badań udało nam się odsłonić w całości relikty kaplicy pałacowej razem z przewróconą ścianą i zarysem okna, co mnie szczególnie ekscytowało, bo zazwyczaj mamy do czynienia tylko z fundamentami. A tutaj okazało się, że kaplica pałacowa miała za sobą jakąś katastrofę budowlaną. To było zapewne w czasach, kiedy kult przeniesiono do katedry, a nieremontowany budynek po prostu się przewrócił.  

Okazało się także, że wokół kościoła był mur, wzdłuż którego mieścił się cmentarz dla szczególnie znamienitych obywateli miasta. Innymi słowy, był to teren intensywnie wykorzystywany. Kiedy usunęliśmy groby w profilu wykopu, zauważyłam drobny ślad po rozebranej ścianie. Na szczęście nie rozebrano jej do końca, bo to właśnie były relikty fundamentu palatium. 

Trudno mi sobie wyobrazić, co czuła pani w tym momencie… 

Musiałam się zatrzymać i zastanowić – dopiero po chwili dotarło do mnie, co naprawdę odkryłam. Wtedy nastąpił wybuch emocji, których nie jestem w stanie opisać. Wiedziałam już, że uchwyciłam fragment budowli, której tak długo szukałam. 

Dalej wszystko potoczyło się gładko. Muszę powiedzieć, że ten poznański układ pałacowo-sakralny bardzo mnie zaskoczył. Jest zupełnie inny niż te, które znaliśmy wcześniej. Klasyczne, nieco późniejsze piastowskie założenia to były prostokątne budowle usytuowane na osi wschód – zachód. Kaplica znajdowała się w nich najczęściej po stronie wschodniej, a jej forma bywała różna: rotunda, kwadrat albo prostokąt. 

W Poznaniu było inaczej. Palatium stało na osi północ – południe, a po wschodniej stronie jego wejścia usytuowana była kaplica – która stanowiła boczną odnogę skierowaną ku wschodowi. Czy ten układ był przypadkowy? Tego nie wiemy. Być może było tak, że poznański zespół pałacowo-sakralny był najstarszy w państwie Piastów i nie istniał jeszcze żaden ustalony kanon w budownictwie.  

 

A co jeszcze można wywnioskować na podstawie wykopalisk?  

 

Zakładam, że budowniczowie pochodzili z Europy Zachodniej. W państwie Piastów doskonale radzono sobie z konstrukcjami drewnianymi – mamy na to znakomite przykłady, choćby w postaci obwarowań grodów. Natomiast umiejętność obróbki i łączenia kamienia była bardzo dobrze rozwinięta właśnie na Zachodzie. Bardzo prawdopodobne jest więc, że Mieszko sprowadził architektów z Nadrenii – przemawiają za tym choćby najstarsze znane nam kościoły z tamtych terenów. 

Wyposażenie miejsca kultu wyraźnie wskazuje także na wpływy z Rusi Kijowskiej. Ściana wschodnia, tworząca tzw. aneks ołtarzowy, była bowiem ozdobiona mozaiką. Tradycje tworzenia obrazów mozaikowych są oczywiście bardzo stare – sięgają jeszcze antyku. We wczesnym średniowieczu w tej dziedzinie przodowały dwa ośrodki: tereny Niemiec oraz Ruś Kijowska. Stamtąd zapewne sprowadzono fachowców. 

Wygląda na to, że Mieszko I doskonale znał realia świata zachodniego i dysponował możliwościami, by sprowadzić do Poznania najlepszych rzemieślników. Kiedy człowiek się nad tym zastanowi, uświadamia sobie, że nasi Piastowie nie byli żadnymi zaściankowymi, drobnymi przywódcami. To byli ludzie – jak byśmy dziś powiedzieli – światowi, doskonale wiedzący, skąd czerpać wzory. I wszystko to bardzo pięknie ujawnia się w materiale archeologicznym. 

 

Podziwiałam wyobraźnię, z jaką archeolodzy potrafią odtwarzać elementy życia z tak dalekiej przeszłości. 

 

Proszę pani, archeolog jest od tego, żeby „dłubać w ziemi” i z choćby najmniejszego, drobnego kawałka drewna opowiedzieć historię. I my właśnie to robimy. 

Poznański Ostrów Tumski dostarczył mi niesłychanie wiele radości i satysfakcji. Myślę, że w konsekwencji także tytuł profesora – bo to efekt nie tylko samych badań, ale również opracowań, publikacji i całej pracy wokół nich. Wszystko mu zawdzięczam. 

To była też satysfakcja bardzo osobista, prywatna, bo miałam silne poczucie, że podążam śladem mojego ojca. Mam zresztą takie głębokie przekonanie, że więzi, które łączą nas z bliskimi – także z tymi, którzy odeszli – nie znikają, lecz trwają cały czas, i że tata czuwał nad moimi pracami na Ostrowie Tumskim. 

 

A jak z dzisiejszej perspektywy ocenia pani spór, który po tym odkryciu rozpętał się w prasie? Gdzie w końcu jest ta pierwsza stolica Polski? 

 

Podchodzę do tego z dużym dystansem. Mówimy przecież o czasach, w których nie istniała jeszcze taka struktura państwa, jaką znamy z późniejszego średniowiecza, kiedy Kraków stał się stałą siedzibą władzy. Był to okres, w którym stolica znajdowała się tam, gdzie przebywał władca, a stołeczność wynikała bezpośrednio ze sposobu sprawowania rządów. Bardzo dobrze oddają to źródła, posługując się pojęciem rex ambulans – król wędrujący. 

Wzorce takiego zarządzania państwem wywodzą się z tradycji frankijskiej. W państwie Franków, obejmującym przecież ogromne terytorium, władcy przemieszczali się pomiędzy ośrodkami. Rządy miały charakter osobisty – władca swoją obecnością zaznaczał panowanie. W związku z tym stolica była tam, gdzie aktualnie przebywał. 

Wynikało to także z powodów ekonomicznych. W czasach, o których mówimy, wydajność rolnictwa była znacznie niższa, a możliwości produkcyjne bardzo ograniczone. To właśnie stan gospodarki wymuszał wędrówkę dworu z jednego grodu do drugiego – głównie pomiędzy naczelnymi grodami Wielkopolski. Dzięki temu gospodarka mogła funkcjonować, a ludzie mieli szansę przetrwać. 

Gdyby dwór – król, jego otoczenie, wojownicy, cały zastęp ludzi, którzy nie wytwarzali żywności, a konsumowali jej bardzo dużo – przebywał stale w jednym miejscu, działałby jak szarańcza, oczywiście mówiąc żartobliwie. Zjedliby wszystko, co nadawałoby się do spożycia, powodując głód wśród ludności okolicznych osad. 

Ta niezwykle konsumująca grupa musiała być więc stale zaopatrywana. Gospodarkę rolną i hodowlaną w dużym stopniu uzupełniało łowiectwo, a także rybołówstwo. Była to konieczność, ale jednocześnie znakomita szkoła dla młodych ludzi, bo łowiectwo uczyło wojaczki. Miało zatem ogromne znaczenie gospodarcze. 

Mamy na to zresztą bardzo wyraźne dowody w materiale archeologicznym, a właściwie archeozoologicznym. Na Ostrowie Tumskim odkryliśmy liczne szczątki zwierząt łownych, a wśród nich – co szczególnie ciekawe – łapy niedźwiedzia. Był to przysmak, co świadczy o tym, że polowania na grubą zwierzynę przynosiły realne korzyści i że właśnie tutaj ją spożywano. 

Co więcej, w centralnej części grodu, tam, gdzie znajdowało się palatium książęce, odkryto szczątki najlepszych partii zwierząt: szynek, polędwic, najbardziej delikatnych kawałków mięsa. Natomiast na podgrodziu, zamieszkałym przez ludność służebną, znajdowano kości stópek i innych, gorszych części. Wyraźnie widać więc, że na dwór trafiały partie najwartościowsze, stanowiące podstawę wyżywienia tej grupy. 

Wróćmy do sedna. Spór o stołeczność w tamtych czasach nie ma żadnych podstaw historycznych. Żadnych. Były to ośrodki równorzędne i w ocenie tej kwestii trzeba kierować się rozumem, a nie emocjami. Oczywiście rozumiem mieszkańców Gniezna – nasze badania w pewnym sensie zakłóciły dotychczasowe wyobrażenia o tych czasach – ale to nie wina archeologów, że wydobyli te fakty na światło dzienne. Decyzje należały do Mieszka I i Bolesława Chrobrego – to do nich, proszę wybaczyć, należałoby mieć pretensje. 

 

Naszą rozmowę zaczęłyśmy od rodziny i na tym chciałabym ją zakończyć. Czy to prawda, że pani praca naukowa nabrała rozpędu dopiero po odchowaniu dzieci? 

 

Miałam to szczęście, że dosyć młodo wyszłam za mąż i szybko urodziłam dzieci. W związku z tym, kiedy zrobiłam doktorat i habilitację, moje dwie córki były już na tyle dorosłe, że dzieliły ze mną obowiązki domowe, a ja faktycznie mogłam więcej czasu poświęcić pracy naukowej. 

Chociaż lubię prowadzić dom – ze mnie taka cura domestica: gotuję, sprzątam, piorę. Jestem chyba nawet niezłą kucharką i całkiem dobrze piekę, choć o to należałoby zapytać moich bliskich. Skoro mówimy o rodzinie, to te zamiłowania odziedziczyłam po mamie. Była doskonałą gospodynią domową, a przy tym wykładowczynią w Instytucie Romanistyki. To ona wszystkiego mnie nauczyła – także przy dużej pomocy swojej siostry. Pamiętam, jak w czasie wakacji odwiedzałam ciocię we Wrocławiu. Ponieważ pracowała na Uniwersytecie Wrocławskim, latem nie zawsze mogła sobie pozwolić na dłuższy urlop. Zdarzało się więc, że będąc jeszcze w pracy, przez telefon instruowała mnie, jak przygotować obiad. 

Starsza córka, Agnieszka, ukończyła polonistykę i anglistykę i realizuje się w nauczaniu młodych ludzi. Myślę, że tę smykałkę do dydaktyki odziedziczyła po mojej mamie, która – poza tym, że świetnie prowadziła dom – była także cenionym nauczycielem akademickim. 

Młodsza córka, Marta, jest profesorem antropologii na naszym uniwersytecie – można więc powiedzieć, że te zamiłowania odziedziczyła po moim tacie, który miał podwójne wykształcenie i część swoich prac poświęcił antropologii. Jestem z niej bardzo dumna i z przyjemnością śledzę jej naukowe sukcesy. To ogromna radość dla matki widzieć, że dzieci znalazły swoje miejsce w życiu i realizują swoje marzenia. 

Jeśli natomiast chodzi o zainteresowania archeologią, to miałam cichą nadzieję, że może moje wnuki będą je rozwijać w kolejnym pokoleniu. Na razie jednak nic na to nie wskazuje – mają zupełnie inne, bardziej techniczne zainteresowania.  

zob. też Prof. Zofia Szweykowska – Kulińska. Gen naukowca