W czasach względnego pokoju i społecznego spokoju na pierwszy plan może wysuwać się pytanie: angażować się czy nie angażować w badania naukowe i kształcenie studentów? Dla poważnych i odpowiedzialnych uczonych ma ono raczej retoryczny charakter. Problem w tym, że dzisiaj żyjemy w czasach, w których coraz wyraźniej widać, że pokój i spokój nie jest czymś danym raz na zawsze, a konflikty, które jeszcze wczoraj wydawały się lokalne i odległe, mogą stosunkowo szybko przybrać charakter globalny i zapukać do naszych drzwi – bezpośrednio lub wtórnie.
Sprawia to, że szczególnej ważności nabiera pytanie: angażować się czy nie angażować w sprawy polityczne? Nie miało ono retorycznego charakteru ani w przeszłości, ani nie ma obecnie. Jest bowiem wiele „za” i „przeciw” takiemu zaangażowaniu. „Za” przemawia m.in. dług wdzięczności wobec tych, którzy przyczynili się najpierw do uzyskania przez uczonych odpowiedniego wykształcenia, a później do zapewnienia im pracy i umożliwienia prowadzenia badań, które dla niejednego z nich są życiową pasją. W krajach, w których akademicka edukacja odbywa się na koszt podatnika, takim wierzycielem jest całe społeczeństwo. Natomiast w krajach, w których trzeba za nią zapłacić z prywatnej kieszeni, wierzycielami są nie tylko rodzice, ale także banki udzielające studentom kredytów na opłacenie czesnego. Jednak również w nich badania naukowe nie „wyżyją” z uzyskiwanych efektów wdrożeniowych i wymagają poważnego wsparcia finansowego ze strony politycznych i biznesowych decydentów. Problem w tym, że decydenci reprezentują niejednokrotnie myślenie, które nie mieści się w standardach akademickich poprawności, i oczekują dostosowania się do niego uczonych. Pokazała to z całą mocą podjęta w kwietniu 2025 r. decyzja administracji prezydenta Donalda Trumpa o zamrożeniu 2,2 mld dol. dotacji na badania z funduszy federalnych dla prestiżowego Uniwersytetu Harvarda pod zarzutem tolerowania w nim „lewicowego radykalizmu” i antysemityzmu. Problem w tym, co wspomniana administracja traktuje jak przejawy lewicowości i antysemityzmu. Jakąś odpowiedzią na to pytanie jest jej żądanie zawieszenia uniwersyteckiego programu „Różnorodność, równość i integracja” oraz decyzja Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego odbierająca tej uczelni prawo do przyjmowania studentów z zagranicy. Rektor uczelni, Alan Garber, odrzucił te żądania, uznając je za nieuprawnioną próbę kontrolowania społeczności Harvardu, natomiast sąd uznał decyzję departamentu za niezgodną z prawem.
O zaangażowaniu w politykę polskich uczonych przed przełomem 1989 r. napisano już niejedną książkę – tyle tylko, że nie wystawiają one dobrego świadectwa ani tamtej polityce, ani też zdecydowanej większości zaangażowanych w nią uczonych. W tej kwestii ograniczę się do krótkiej uwagi. Chciałbym natomiast nieco szerzej wypowiedzieć się o wielkim zaangażowaniu uczonych, które związane było z Prawem o szkolnictwie wyższym i nauce z 20 lipca 2018 r., nazywanym ustawą 2.0. Na etapie jej przygotowywania odbyło się kilka ogólnopolskich konferencji z udziałem wielu uczonych z różnych ośrodków akademickich. Brałem udział w dwóch z nich. Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że formułowano na nich szereg ważnych postulatów z myślą o poprawie poziomu prowadzonych w naszym kraju badań i akademickiego kształcenia. Niejedno z wystąpień było adresowane wprost do polityków, w tym do pełniącego wówczas funkcję ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina. Wyglądało na to, że owe postulaty traktuje on na tyle poważnie, że do regulacji wprowadzone zostaną zapisy potencjalnie przyczyniające się do poprawy sytuacji. Po opublikowaniu ustawy wiele osób czuło się bardzo rozczarowanych. Postawiono w niej bowiem m.in. na wzmocnienie pozycji rektora i osób ze stopniem doktora oraz rozmnożenie różnego rodzaju rad na uczelniach. Straciło natomiast na znaczeniu posiadanie tytułu profesora i dorobku naukowego znacznie wykraczającego poza niewygórowane minima aktywności badawczej. Moim zdaniem naiwnością była i jest wiara w to, że takie zmiany przyczynią się do podniesienia poziomu badań naukowych i kształcenia studentów.
zob. Prof. Ewa Nowak. Otwartość nauki pod kontrolą?
Na negatywne efekty zmian nie trzeba było zresztą długo czekać. Już przy parametryzacji dyscyplin naukowych w 2021 r. okazało się, że na „potęgi” naukowe wyrosły te akademickie ośrodki, które potrafiły najszybciej dostosować się do obowiązujących wskaźników efektywności badawczej – tyle tylko, że o efektach badań ich uczonych słyszeli głównie ich najbliżsi koledzy i przełożeni. Pomocna dla nich okazała się również ministerialna lista czasopism, na której wysoką pozycję zajmowały tytuły o znikomej rozpoznawalności nie tylko międzynarodowej, ale także krajowej. Te i inne jeszcze negatywne następstwa politycznych regulacji stawiają pod wielkim znakiem zapytania kwestię angażowania się uczonych we wspieranie polityków w ich reformatorskich poczynaniach. Wygląda bowiem na to, że kiedy przychodzi co do czego, politycy i tak wszystko wiedzą najlepiej i są przekonani, że potrafią rozwiązać nawet najtrudniejsze problemy; a jeśli nawet nie wiedzą, to zawsze znajdą sobie takich doradców (niejednokrotnie z profesorskimi tytułami), do których mają zaufanie, i korzystają z ich podpowiedzi – rzecz jasna, o ile są one zgodne z ich oczekiwaniami i politycznym myśleniem.
Te pesymistyczne uwagi nie oznaczają jednak, że opowiadam się za trzymaniem się uczonych możliwie jak najdalej od polityki i polityków. Mają oni przecież również swoje poglądy i preferencje polityczne i do jednych polityków im bliżej, natomiast do innych dalej. Mówienie o niezależności politycznej można pozostawić dziennikarzom, którzy niejednokrotnie traktują je jako chwyt retoryczny ułatwiający dotarcie z ich przekazem do grupy niezdecydowanych lub zagubionych odbiorców.
Problem w tym, aby nie łączyć poglądów i preferencji politycznych uczonych z ich działalnością badawczą i dydaktyczną w taki sposób, że uczelnie stają się jeszcze jedną więcej areną walki politycznej. Tak się dzieje nie tylko wówczas, gdy uprawia się na uczelni polityczną agitację, ale także wówczas, gdy uczony, wypowiadając się przed telewizyjną kamerą lub radiowym mikrofonem w jakiejś politycznie uwikłanej kwestii, godzi się na podanie jego uczelnianej afiliacji. Taka informacja może być wprawdzie pomocna w uwiarygodnieniu racji którejś ze strony politycznej sceny, ale jest szkodliwa dla wizerunku uczelni jako instytucji niebiorącej udziału w różnego rodzaju grach i gierkach politycznych. Co więcej, gdy uczony przed kamerą lub mikrofonem wypowiada zwykłe zdroworozsądkowe banały, na które może się zdobyć każdy, stawia pod znakiem zapytania nie tylko swoje naukowe stopnie i tytuły, ale także autorytet zatrudniającej go instytucji.
Są jednak uczeni, którzy mają tzw. parcie na szkło i na mikrofon. Są oni chętnie zapraszani do wypowiedzi przez dziennikarzy – rzecz jasna do czasu, aż nie powiedzą czegoś, co nie jest po myśli zapraszających, lub po prostu ich twarze nie opatrzą się telewidzom. Ich miejsce zajmują wówczas kolejni chętni do podzielenia się swoimi przemyśleniami. „Logika” takiego dzielenia się poglądami jednak się nie zmienia, tj. zaproszeni do mikrofonu powinni wypowiadać się w sposób na tyle prosty, aby było to zrozumiałe dla tzw. przeciętnego obywatela – również w kwestiach, które nie są ani proste, ani jednoznaczne. W efekcie takie wypowiedzi to niejednokrotnie jakieś „półprawdy” lub „ćwierćprawdy”. Mogą wprawdzie przysłużyć się politykom i polityce, ale raczej nie nauce i akademickiemu nauczaniu. Miewają jednak dłuższy żywot niż naukowe prawdy i prawdopodobieństwa.
Przykładem może być chociażby żyjąca swoim internetowym życiem dziennikarska informacja, że „dziekan Wydziału Nauk Społecznych UAM uważa, że studenci UAM powinni być apolityczni” (funkcję tę pełniłem w latach 2008-2016). To nawet nie „ćwierćprawda”. Prawda jest bowiem taka, że niegdyś nie pozwoliłem grupie wydziałowych anarchistów na prowadzenie ich agitacji na wydziale. Szalę ich goryczy przechylił brak zgody na wywieszenie ich plakatu przy dziekanacie.