Wersja kontrastowa

Prof. Jacek Taylor. Naprawdę było całkiem nieźle

Prof. Jacek Taylor Fot. Renata Dąbrowska agencja wyborcza.pl
Prof. Jacek Taylor Fot. Renata Dąbrowska agencja wyborcza.pl

Z Jackiem Taylorem, prawnikiem i politykiem, posłem na Sejm I i II kadencji, obrońcą w procesach politycznych członków opozycji demokratycznej, absolwentem Wydziału Prawa UAM, rozmawia Dariusz Nowaczyk 

 

 

Jak wspomina pan pobyt na UAM? 

– Jako czas najszczęśliwszy, pewnie wszyscy tak myślą. Wchodziliśmy w świat dorosłych, który wydawał się przyjazny i bardzo ciekawy. Gromada nowych koleżanek i kolegów, z którymi zaraz się zaprzyjaźnialiśmy. Zajęcia uniwersyteckie – na większość wykładów i ćwiczeń chodziło się chętnie. Po latach pamięta się raczej to, co było miłe, ale naprawdę było całkiem nieźle. Kilka dni temu odbyło się w Poznaniu spotkanie mego rocznika, a studia ukończyliśmy w roku 1962. Przyjechało nas czternaścioro i od momentu przywitań dystans 60 lat przestał istnieć. Złożyliśmy wizyty pani rektor i dziekanowi Wydziału Prawa. Wielkie było wrażenie, że tak młodzi ludzie kierują dziś naszym uniwersytetem. Za naszych czasów Wydział Prawa był w rękach ludzi około 45-letnich, oni stanowili chyba większość profesorów, ale wydawali się nam raczej starzy. Opowiadali, że przed wojną na koniec każdego roku musieli zdawać wszystkie egzaminy w jednym dniu. I jak sobie o tym przypomnieli, postanowili zastosować tę dość okrutną procedurę wobec nas! To było ciężkie przeżycie, do dziś pamiętam fizyczne zmęczenie pod koniec takiego dnia. Tak nas urządzono na koniec pierwszego i drugiego roku studiów. Z pewnością był to powód wielu niepowodzeń egzaminacyjnych. Następne sesje egzaminacyjne, już zwyczajne, wydawały się nam niegroźne. I profesorowie raczej też. Wielu z nich imponowało nam ogromnie. Był wśród nich profesor Krzysztof Skubiszewski, który wykładał prawo międzynarodowe dla trzeciego roku. Zawsze miał pełną salę słuchaczy. Nie mogliśmy wówczas wiedzieć, że w wolnej Polsce, w 1989 roku zostanie pierwszym ministrem spraw zagranicznych i doprowadzi do zawarcia traktatów ze wszystkimi sąsiadami naszego kraju. I że będzie się cieszył wielkim prestiżem w świecie. 

 

Jest pan wnukiem prof. Edwarda Taylora – jak ta relacja wpłynęła na pańskie życie? 

– Pytanie o mego dziadka Edwarda Taylora daje mi okazję do pośredniego samochwalstwa. Bo rzeczywiście był to człowiek niezwykły, ważny dla naszej uczelni. W 1919 roku należał do grona młodych docentów krakowskich, którzy przyjechali do Poznania zakładać uniwersytet. Został tu do końca życia, a zmarł w 1964 roku. Był wybitnym ekonomistą, dorobił się licznego grona uczniów. Wśród nich w latach 1933-39 znajdował się Zdzisław Jeziorański, jeden z naszych bohaterów wojennych, po wojnie na emigracji dyrektor polskiej rozgłośni Radia Wolna Europa. Jeziorański używał wówczas nazwiska Jan Nowak. Gdy w maju 1991 roku otrzymywał doktorat honoris causa naszego uniwersytetu, o swoim profesorze mówił tak: „Do końca życia za szczególny dar Opatrzności będę uważał to, że przez sześć lat byłem uczniem profesora Edwarda Taylora. W całym życiu najwięcej korzystałem z jego mądrych nauk”. I mówił jeszcze: „nie znam krytyki marksizmu tak głębokiej, miażdżącej i proroczej jak ta, której uczył nas Taylor”. Mój dziadek w 1949 roku został z naszej uczelni wyrzucony. Po tzw. październiku w 1956 roku przywrócono go do pracy na cztery lata, ale był już tylko na bocznym torze, miał wykłady nadobowiązkowe. Wobec mnie ma wielką pośmiertną zasługę: jego przedwojenne koneksje z późniejszym dyrektorem RWE pozwoliły mi zaprzyjaźnić się z małżonkami Jeziorańskimi. Ta przyjaźń i stała bliska współpraca, trwająca przez 30 lat, do 1989 roku konspiracyjna, bardzo mocno wpłynęły na mój los. Miałem szczęście. Dziś już nikt, kto nie ma czterdziestu lat, nie zna nazwiska Jan Nowak-Jeziorański. Ale zapewniam, że warto zainteresować się tym hasłem w Wikipedii.  

 

Studiował pan prawo na UAM. Czy uczelnia, poza wiedzą, którą pomogła zdobyć, ukształtowała pana, przyczyniła się do pańskiej działalności na rzecz opozycji demokratycznej, czy były inne powody? 

– Pytanie o wpływ mojej uczelni na późniejszą decyzję o związaniu się z tzw. opozycją demokratyczną wymaga chyba odpowiedzi przeczącej. Oba te okresy dzieli jednak kilkanaście lat. Z Nowakiem-Jeziorańskim nawiązałem kontakt w 1975 roku, i to on decydująco na mnie wpłynął. W 1978 roku na Wybrzeżu, gdzie mieszkam już ponad pół wieku, rozpoczęła działalność opozycyjną niewielka grupa osób, która licząc się z ewentualnością represji, postanowiła przyspieszyć bieg historii. Zgłosiłem się do nich z ofertą adwokackiej pomocy. I tak już zostało. Po dwóch latach powstała „Solidarność”, potem był ponury czas lat osiemdziesiątych. Miałem prawie 50 lat, gdy nadeszła wolność. To była nasza wielka nagroda. Najwspanialsze miesiące. Gdy w lutym 1989 roku siadaliśmy do rozmów ze słabnącą władzą przy stoliku prawniczym (w ramach Okrągłego Stołu zespół ds. reformy prawa i sądów), nie wiedzieliśmy, że upadek tzw. komuchów jest tak bliski. Strona partyjno-rządowa (tak się wówczas mówiło) wyraziła nam nieoczekiwanie zgodę na powstanie Krajowej Rady Sądownictwa, czyli „czapki” samorządu sędziowskiego, zasadniczo decydującej o nominacjach i awansach sędziów. Dotychczas byli oni de facto nominatami władz partyjno-państwowych. Teraz zapanowała rewolucyjna zmiana: w skład tej rady weszli sędziowie pochodzący z wyboru zgromadzeń sędziowskich. Oznaczało to uniezależnienie sędziów od władz politycznych. I tak trwało do kolejnej rewolucyjnej zmiany dokonanej przed kilkoma laty przez rząd i Sejm PiS-u. Teraz sędziów członków Krajowej Rady Sądownictwa wybiera Sejm, czyli politycy PiS-u, już nie samorząd sędziowski. Jest teraz tak, jak wówczas, gdy siadaliśmy do rozmów o demokratyzacji ustroju. 

 

Co zrobić, aby po zmianie rządu poprawić system sprawiedliwości? 

– Pytania o reformy w wymiarze sprawiedliwości są niezwykle ważne. Zagadnienie jest bardzo skomplikowane. Wiele zależy od możliwości budżetowych, a z tym zawsze były problemy. Za mało etatów sędziowskich. Gdy w 2015 roku władzę objął PiS, praktycznie na dwa lata wstrzymany został proces nominacyjny sędziów. Doszło do braku sędziów sięgającego kilkunastu procent kadry. Jak rozumiałem, chodziło o uchwalenie pożądanych przez nowe władze zmian w systemie nominacyjnym, o którym wspominałem. W gruncie rzeczy o uzależnienie trzeciej władzy od polityków. Ale przy okazji doszło do zatoru w sądach i taka sytuacja niestety trwa.  

Dokonany w ostatnich latach demontaż sądownictwa jest bezprecedensowy. Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu orzekł, że funkcjonowanie neo-KRS jest bezprawne. A przez ten proces nominacyjny przeszła już jedna piąta sędziów. Czeka nas zatem wielka praca, by przywrócić porządek konstytucyjny. Wszyscy nieprawidłowo powołani sędziowie będą musieli wrócić na „pozycje startowe” sprzed niekonstytucyjnej nominacji. Mam nadzieję, że tego doczekam. 

Rozmowy Wydział Prawa i Administracji

Ten serwis używa plików "cookies" zgodnie z polityką prywatności UAM.

Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza jej akceptację.