Profesor Nawrot. Przywrócił muzykę światu

Fotografia w nagłówku
Profesor Nawrot
Profesor Nawrot

O fascynacji muzyką i drodze z poznańskiego Franowa do indiańskich manuskryptów sprzed stuleci opowiada ich znakomity znawca i badacz misjonarz werbista mieszkający w Boliwii ks. prof. dr hab. Piotr Nawrot SVD, muzykolog, odkrywca baroku misyjnego i wykładowca na Wydziale Teologicznym UAM i w wielu uniwersytetach świata. Rozmawia z nim Anna M. Kot.

Mówi Ksiądz, że muzyka była w jego życiu od zawsze. Co to znaczy?

To znaczy, że muzyka pojawiła się w moim życiu wraz z pierwszym oddechem, a nawet chyba wcześniej, bo przecież dziecko w łonie matki już rozumie i słyszy. A ja słyszałem muzykę, którą pielęgnowali w swoim domu moi rodzice. Mimo że mieli dziewięcioro dzieci – ja jestem szósty z kolei – i zaledwie 3-pokojowe mieszkanie z kuchnią na poznańskim Franowie, musiało się w nim znaleźć miejsce na fortepian. Po prostu nie umieli żyć bez muzyki. A słuchali jej zwyczajni ludzie – mama była krawcową, która zajmowała się domem i dziećmi, a tata – murarzem, który na ten dom i rodzinę zarabiał. I pewnie w sposób zupełnie dla mnie nieświadomy to wszystko mnie formowało.

Czyli wraz z nauką pisania i czytania zaczął Ksiądz lekcje muzyki?

Nawet wcześniej, bo systematyczne lekcje rozpocząłem jeszcze przed szkołą podstawą – to zasługa mojej najstarszej siostry. Pierwsze dwa lata edukacji zaliczyłem w podstawówce w Szczepankowie i jednocześnie chodziłem na płatne lekcje fortepianu. Wyobraża to sobie pani? Dziewięcioro dzieci, które trzeba nakarmić i ubrać, tylko ojciec zarabia, a rodzice wysyłają mnie na prywatne płatne lekcje fortepianu. To mówi o nich wszystko. No więc tak przygotowanego zapisali mnie do jedynej w Polsce Szkoły Chóralnej, utworzonej przez Jerzego Kurczewskiego.

I co? Był Ksiądz w siódmym niebie?

Jasne, że tak! Tu miałem wszystko: i edukację powszechną, i muzyczną. Czułem, że to jest moje, że to jest TO. I potem już się potoczyło: koncerty z chórem, szkoła średnia, w której też głównie śpiewałem, do tego obowiązkowy fortepian, a potem lekcje klarnetu. No a dalej, dosłownie w ostatnim momencie, zdecydowałem, że idę do seminarium – po krótkich poszukiwaniach wybrałem misjonarzy werbistów.  

Chyba było to mocne zaskoczenie w Księdza rodzinie. Nie bał się Ksiądz, że zaprzepaści całą edukację muzyczną?

Od dziecka rosłem w środowisku, w którym mogło zrodzić się powołanie, bo mama zawsze dbała o nasze wychowanie duchowe i praktyki religijne. Ojciec nie był katolikiem praktykującym, ale był człowiekiem głęboko wierzącym i jest dla mnie przykładem wielkiego zaangażowania, autentyczności wiary. Regularne uczestnictwo we mszach świętych wykształciło we mnie przekonanie, że w kościele musi być muzyka i to dobra muzyka, a taka była u dominikanów, więc najpierw myślałem o nich. Jednak wtedy zainteresowałem się kulturą i religią i ich wzajemnym przenikaniem, a okazało się, że jedynie u werbistów mogłem zgłębiać zależności tych dwóch sfer ludzkiego życia. Szybko mnie przyjęli. W seminarium już na drugi dzień byłem organistą i praktycznie przez 7 lat nauki siedziałem przy organach.

Kiedy z muzyka rodzi się muzykolog?

Od czasu wyjazdu na misje do Paragwaju i kiedy zainteresowało mnie zjawisko wpływu ewangelizacji na kulturę Indian. Ale aspiracje, by zostać wykładowcą uniwersyteckim, miałem od zawsze, tak jak fascynację muzyką. Widziałem siebie w salach wykładowych i jako badacza, to stąd wzięły się studia z muzyki sakralnej i muzykologii, ale już w Stanach Zjednoczonych, gdzie zrobiłem doktorat, po pracy misyjnej w Paragwaju. Kiedy tam zaczynałem studia, jeszcze nie znałem manuskryptów.

Pierwsze spotkanie z manuskryptami to….

Spróbuję opisać…, ale to właściwie nie do opisania. Każdy z nas pamięta np. Pierwszą Komunię, to doświadczenie dziecka zostaje na całe życie. Albo pierwsze „kocham cię”, pierwszy ślub zakonny czy święcenia. I ja też pamiętam, ale gdybym to wszystko, czego doświadczyłem w życiu: szkoła, stypendia, uniwersytet, chór, koncerty, wyjazdy, miał porównać z momentem, w którym biorę pierwszą kartkę w moje ręce… nigdy przedtem i nigdy potem nie przeżyłem niczego równie mocnego. To jest tak, jakbym miał zupełnie wyschnięte żyły i ktoś mi podał kroplówkę… Nie mogłem uwierzyć, że właśnie ją mam! I to ciągle we mnie tkwi – wystarczy, abym zamknął oczy, wymówił słowo „manuskrypt Chiquitos” i drżę z zachwytu. Czasami zastanawiam się, dlaczego ja? Ale przecież widzę, że to była droga, którą wybrał mi Pan Bóg – miałem poznać ładną dziewczyną, z którą się dobrze rozumiałem i odejść, miałem tańczyć, kochać muzykę, iść do werbistów, spierać się z przełożonymi, ciągle czuć, że coś jeszcze w tym życiu muszę osiągnąć – i teraz czuję się spełniony. Ale nie spoczywam na laurach – z tego wszystkiego, czego się nauczyłem i czego doświadczyłem, teraz robię użytek. To spotkanie z muzyką Indian przekształciło mnie, jakbym złożył kolejny ślub zakonny: „Ciebie, manuskrypcie, nie opuszczę aż do śmierci”. I tak będzie. Bo to jest to, co mi dało życie. I mówię całkiem poważnie: przy spotkaniu z Panem, jak On mnie zapyta, co ja w życiu zrobiłem, to ja Mu pokażę ten manuskrypt i powiem: „Zobacz, co z niego zrobiłem. Ten manuskrypt służył jako instrument używany przez misjonarzy, aby nawrócić Indian. Tysiące istnień ludzkich, interpretując, słuchając tejże muzyki, doświadczało Boga. I tej muzyce groziło zaginięcie, już w dużej części wymarła, a ja pomogłem jej, żeby wróciła na scenę, wróciła do liturgii. Żeby zmartwychwstała. To Ci zrobiłem…”

I zabrał się Ksiądz do pracy – a był to 1991 rok – która trwa do dziś.

Od samego początku nie był to dla mnie papier, na którym widziałem tylko znaki  muzyczne… Za nimi krył się człowiek, jego sztuka. Zaczynam więc studiować manuskrypty i widzę, że to nie jest taka sama muzyka, jak w Europie. Ją zrodziła inna wrażliwość, ona ma twarz Indian. Odkrywam ich dusze, ich modlitwy, zaczynam się uczyć. Jak mało wiedziałem, kiedy wydawało się mi, że wiem wiele! Uczyłem się historii muzyki i nigdy w tych materiałach nie znalazłem odniesienia – ani w Europie, ani w USA – do Ameryki Południowej i tamtej praktyki muzycznej w minionych wiekach. A jak już jakieś informacje były, to o Ameryce Hiszpańskiej, kolonialnej, a nikt nie mówił i nikt nie położył na biurku, w usta śpiewających i w palce grających muzyki baroku misyjnego. Więc ja to studiuję i systematycznie daję światu te odkrycia. Szukałem terminologii do tych odkryć, odnalazłem cechy charakterystyczne i zacząłem tę muzykę nazywać barokiem, już nie amerykańskim, ale misyjnym. I teraz największą satysfakcją dla mnie jest to, że już nie tylko ja drżę, ale tysiące muzyków, którzy stawiają te nuty na pulpicie i zaczynają grać, a my wszyscy nie możemy uwierzyć, że naprawdę słyszymy muzykę stworzoną przez Indian w redukcjach 300, 200 czy 100 lat temu.

To wszystko dzieje się w Boliwii, gdzie Ksiądz pracuje jako misjonarz, a jak Ksiądz trafił na poznański uniwersytet?

To była propozycja prof. Stefana Jurgi, który usłyszał w radiu wywiad ze mną. Zaprosił mnie, kiedy powstawał Wydział Teologiczny i zaoferował pracę. Oczywiście przyjąłem. Wykładam więc w Poznaniu, a moim największym atutem jako profesora być może nawet nie jest moja wiedza, ale fakt, że ja wykładam z pasją. Idę na wkład zadowolony, codziennie mam coś nowego, a to, co mówię, jest najważniejsze na świecie. Proszę się nie śmiać. Ja naprawdę tak to wykładam, bo ja w to wierzę. Wiedza, którą przekazuję, jest dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie. Pracowałem z wielkimi muzykami świata, pracowałem z muzykami, którzy mają średni poziom albo średnio niski i po próbie ze mną nagle wchodził w nich taki duch i tak śpiewają, jakby wykonywali najważniejszą czynność na świecie. I o to chodzi.

A jak Ksiądz godzi pracę misjonarza i badawczą?

Trzeba rozróżnić pracę sakramentalną i pracę misyjną – sakramentalna jest częścią pracy misyjnej i w tym bardzo mało uczestniczę, gdy chodzi o tradycyjne parafie. Pracuję głównie na uniwersytecie, przede wszystkim prowadząc badania naukowe. I to najbardziej bym chciał robić na mojej ostatniej prostej. Bo po 28 latach pracy badawczej nad tym najcenniejszym, jedynym na świecie manuskryptem Indian Chiquitos jest wciąż mnóstwo muzyki, którą muszę ocalić od zapomnienia (uwielbiam Grechutę, który dotarł ze mną w każdy zakątek Boliwii). A już opublikowałem ponad 40 tomów… Tymczasem moje powiązanie z uniwersytetem obejmuje trzy obszary: praca badawcza, dydaktyczna i artystyczna. W Boliwii mam wykłady tematyczne, dużo wykładam w USA i w Kanadzie, nie mówiąc o gościnnych… Jestem już zmęczony i już niewiele mi brakuje, by zostawić pracę dydaktyczną i artystyczną, a poświęcić się tylko badawczej.

Mówiąc o pracy artystycznej ma Ksiądz na myśli także organizację Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Renesansu i Baroku Amerykańskiego „Misiones de Chiquitos” w Santa Cruz, którego jest Ksiądz dyrektorem artystycznym.

To wieloletnia praca, która pięknie owocuje – festiwal ma już ponad 20 lat, a co mnie najbardziej cieszy, to fakt, że wśród krajów, z których pochodzą uczestnicy, jest też polski chór. Nasz chór uniwersytecki był w Boliwii już dwa razy i dwa razy odniósł fenomenalny sukces. Sale były przepełnione, otrzymał oklaski na stojąco, a nawet okrzyki. Muzyczna Boliwia dobrze wie, co to jest UAM. I nie tylko Boliwia. Moje badania naukowe mają bezpośredni związek z festiwalem, bo przecież wykonuje się tu zrekonstruowaną i opracowaną przez mnie muzykę z manuskryptów. A ponieważ przyjeżdżają tu artyści nawet z 24 krajów świata, niosą tę muzykę na wszystkie kontynenty, tym samym promując badania naukowe, które prowadzę jako pracownik UAM. 

Na jakim etapie są obecnie Księdza badania manuskryptów?

Jak otrzymałem manuskrypt w 1991 roku, to miał on mniej więcej 5500 stron. Dzisiaj mam 13 tysięcy stron muzyki pochodzącej tylko z misji. Po 30 prawie latach pracy to, co zrobiłem, pomniejszyło się, bo manuskryptów przybywa. Są zbiory zupełnie niezbadane jak, np. kolekcje muzyki chorałowej. Całość zebranych dziś manuskryptów obejmuje czas od około 1560 roku aż po cały XIX w. Urosły nie tylko zbiory, ale przede wszystkim wzrosła nasza świadomość, że to jest wysokiej klasy sztuka i że musimy na nowo napisać historię muzyki. Kiedy pisaliśmy ją przez 100 lat, nigdy jej autorzy nie odnieśli się do dorobku Ameryki Południowej, a jeśli już, stanowił on tylko dodatek do muzyki Europy. A tymczasem to, co dzisiaj mamy w Peru, Kolumbii, w Meksyku, Gwatemali i Brazylii, stanowi ogromny osobny rozdział. Świat Zachodu nie zrozumie swojej tożsamości, jeśli nie uwzględni dorobku Ameryki ani Ameryka nie zrozumie swojej tożsamości, jeżeli nie sięgnie do źródeł w Europie. I Ameryka łatwiej sięga do tych źródeł, problemem ciągle jest Europa. Na szczęście w ostatnich dwóch dekadach coś drgnęło. Cieszę się, że mogę w tych badaniach reprezentować UAM, bo urodziłem się w Poznaniu i z tą instytucją się utożsamiam, jak utożsamiam się z zakonem i z manuskryptem.

 

Czytaj też: Taksonomia to najlepszy sport na świecie

Rozmowy Wydział Teologiczny