Wykaz wydawnictw a umiędzynarodowienie badań naukowych

Prof. Marek Kwiek

 

 

Co do zasady, zgadzam się z ideą ministerialnego wyróżniania najlepszych wydawnictw międzynarodowych, ponieważ cała Ustawa 2.0 stawia na umiędzynarodowienie badań naukowych, w tym na widzialność polskiej nauki w świecie. Rozpoznawalność polskich książek zagranicą – to rozpoznawalność dzięki publikowaniu monografii w prestiżowych wydawnictwach. Reguła dziedziczenia prestiżu monografii po prestiżu wydawcy jest prosta i w świecie dosyć oczywista.

Monografie w naukach społecznych i humanistycznych odgrywają dużą i niesłabnącą rolę, jak pokazują dane Polskiej Bibliografii Naukowej (PBN) - dlatego wyróżnienie poziomu pierwszego (z takimi tuzami wydawniczymi jak Oxford University Press, Cambridge University Press, MIT Press, Princeton University Press czy Harvard University Press) uważam za bardzo dobre posunięcie. Tego wymaga logika zmian systemowych zaproponowana w Ustawie 2.0.

Uważam jednak, że wydawnictwa z poziomu pierwszego powinny być radykalnie wyżej wyceniane punktowo – i obejmować wyłącznie światową czołówkę. Na 36 miejscach widzę wydawnictwa globalnie  najbardziej prestiżowe - i wydawnictwa drugoligowe. Można by w prosty sposób ustalić, ilu polskich naukowców wydało swoje monografie w przykładowych powyższych pięciu globalnych wydawnictwach akademickich w ostatniej dekadzie – jednak nie przypuszczam, aby było ich więcej niż 10-20.

Dużym problemem ogłoszonego wykazu jest również zdecydowanie zbyt pojemny poziom drugi (liczący 500 pozycji).

Już na pierwszy rzut oka widać, że znalazły się na nim wydawnictwa o nieporównywalnej ze sobą renomie. Uważam, że powinny pojawić się cztery poziomy wydawnictw. Jak na tym samym poziomie można umieścić małe, lokalne, polskie wydawnictwa (z Siedlec, Częstochowy czy Gorzowa Wielkopolskiego) - i globalne wydawnictwa naukowe typu Elsevier, Palgrave Macmillan, Polity Press czy Springer? Z jednej strony mamy na drugim poziomie  wydawnictwo "Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim", a z drugiej globalne wydawnictwo Palgrave Macmillan; z jednej mamy wydawnictwa Instytutu Odlewnictwa czy Instytutu Pojazdów Szynowych TABOR - a z drugiej Polity Press. To rażąca niespójność, przecząca idei wspierania umiędzynarodowienia w badaniach naukowych przez nowy sposób ewaluacji dyscyplin uprawianych w jednostkach akademickich. Wykaz, który ujmuje na jednej liście tak skrajnie nieporównywalne obiegi naukowe odbiera sobie powagę – nie da się go traktować poważnie, co kładzie się cieniem na przyszłej ewaluacji nauki.

Rozumiem zatem, że wykaz należy traktować jako pierwszy krok w ewoluującej w ramach Ustawy 2.0 polityce ewaluacyjnej państwa – ponieważ warto zauważyć, że część świetnych wydawnictw międzynarodowych została jednak wyszczególniona i znalazła się na poziomie pierwszym.

Dotąd w ramach parametryzacji, jak powszechnie wiadomo, monografia wydana w nierecenzowanych warunkach wydawnictw garażowych - de facto makulatura naukowa, a nie nauka - była równie cenna dla wydziału jak książka wydana na Harvardzie. To się teraz zmienia - jednak moim zdaniem trzeba myśleć o kolejnym kroku, zgodnie z ideą, że reformy szkolnictwa wyższego to proces nieprzerwany, wymagający permanentnych korekt.

Dotychczasowa polityka w zakresie oceny punktowej monografii była skrajnie demoralizująca dla autorów książek wydawanych w dobrych zagranicznych wydawnictwach - i nowy wykaz robi pierwszy krok w dobrym kierunku. Jest jednak wynikiem daleko idących kompromisów, które są nie do utrzymania, o ile logika reformy (i jej rdzeń, umiędzynarodowienie nauki) ma zostać zachowana.

Dalszym ciągiem reform ewaluacji osiągnięć naukowych powinno być zróżnicowanie wydawców na 4 poziomy: globalnie najbardziej prestiżowych (typu Harvard University Press); globalnie bardzo dobrych (typu Palgrave Macmillan czy Routledge); najważniejszych w Polsce (typu wydawnictwa naukowe UW, UJ czy UAM); i dobrych, chociaż nie najlepszych w Polsce.

Podział wydawnictw na cztery poziomy wspierałby silnie umiędzynarodowienie polskiej nauki (w obszarze humanistyki i nauk społecznych, bo przede wszystkim tam książki naukowe mają znaczenie) pod warunkiem, że różnice między poziomami byłyby radykalnie większe. W tej chwili trzy monografie wydane w Siedlcach są tyle samo warte dla dyscypliny uprawianej na danej uczelni co jedna monografia wydana na Harvardzie czy w Princeton. Różnica powinna być co najmniej dziesięciokrotna, aby wyraźnie wskazywać na rożne obiegi w nauce i różne związane z nimi wymagania stawiane monografiom!

Na szczęście naukowcy nie myślą o nauce w kategoriach punktów i doskonale znają hierarchie prestiżu wydawnictw naukowych w świecie (podobnie jak hierarchie prestiżu czasopism międzynarodowych). Natomiast gra o punkty w systemie, który nie różnicuje dostatecznie wydawców może doprowadzić do zaburzeń w rozsądnym ewaluowaniu dyscyplin - i pośrednio w ich finansowaniu. Długoterminowymi konsekwencjami takiego niezróżnicowania wydawnictw (a tym samym książek) w ewaluacji i pośrednio w finansowaniu dyscyplin może być powrót tzw. gry o punkty - zamiast uprawiania globalnej nauki.

Jednak w systemie ewaluacji dyscyplin, który został ściśle powiązany z uprawnieniami do nadawania stopni i tytułów przez całe uczelnie, a nie ich wydziały, potencjalna gra o punkty niesie z sobą większe konsekwencje niż wcześniejsza gra o punkty w systemie parametryzacji jednostek. Może się okazać, że bardzo słabe dyscypliny w niektórych uczelniach otrzymają wysokie uprawnienia (na przykład habilitacyjne) tylko dlatego, że systematycznie produkują więcej makulaturopodobnych polskich monografii wydawanych przez wydawnictwa drugiego poziomu. W takiej sytuacji niesprawiedliwemu podziałowi części środków finansowych w systemie może towarzyszyć niesprawiedliwy podział uprawnień uzależniony od kategorii przyznawanych dyscyplinom. Skoro w naukach społecznych i humanistycznych ze względu na oba podziały musimy się porównywać, to cztery poziomy odniesienia dla wydawnictw zmniejszałyby potencjał zagrożeń na przyszłość.